niedziela, 23 listopada 2014

cud miód box!

są takie pudełka, które potrafią wywołać niejeden wielki uśmiech i niejeden cichy pomruk zadowolenia. te pudełka to CUD MIÓD BOX - smaczna idea niespodzianki schowana między skrawkami papieru. pięć pysznych produktów od lokalnych, polskich, (najczęściej niewielkich) przedsiębiorstw. zawsze jest pysznie i zawsze z kolorami. a sprawcami całego zamieszania jest Asia i Krzysztof, którzy miesiąc w miesiąc wyszukują coś co zadziwi, oczaruje i posmakuje. i udaje im się to wyśmienicie.
oto jubileuszowy 10 box, nieprzyzwoicie pyszny i napakowany radością, a w nim..
makaroniki od zawsze były dla mnie czymś co wabiło swoimi bajkowymi pastelowymi kolorami. i oto są! papierowe pudełko z tęczą w środku. niebo! Sucre robią makaroniki po mistrzowsku. i choć nigdy wcześniej nie przyszło mi to na myśl - to teraz mam straszliwą ochotę sama spróbować je upiec!
zdrowe słodkości od Zmiany zmiany, to podobno najlepsze batony w całej galaktyce. i dla mnie to jeden z faworytów tegorocznej jesieni. takie słodkie ulepki (choć bez ziarnka cukru) pełne orzechów i suszonych owoców. cudne!
Wypas i grusztarda = pycha! kto by pomyślał, że musztarda z gruszkami może smakować tak dobrze? smakuje. z pieczonymi warzywami albo na kanapce. i rozczulił mnie zupełnie napis na słoiczku, aby go nie wyrzucać, tylko zaparzyć w nim herbatę i zabrać ze sobą w kieszeni.
taka czerwień! truskawki z maliną i żurawiną od Fimaro. 300ml słodkich witamin.
chrupiąca gryka z melasą i migdałami. do jogurtu, do koktajlu, tak sobie można sypnąć i chrupać.
ciekawskich nosów było więcej niż jeden!

wtorek, 28 października 2014

chlebek dyniowy raz!

sama nie wiem czy bardziej lubię dynię na słodko czy na słono. upieczona w przyprawach na ostro smakuje pysznie, najlepiej z ziemniakami i pietruszką jako połowa obiadu. ale słodka dynia nie jest nawet krok za nią. w dzieciństwie jadłam zupę mleczną dynia + ryż, rety jakie to było pyszne! posypane okruszkami cukru. teraz jednak częściej jadam dynię w cieście, z tym specyficznym posmakiem, z chrupiącymi orzechami i tumanem cukru pudru sypniętym z góry. lubię też dyniowe słoiki, ale nie te gdzie kawałki taplają się w occie, ale te pt. słodka dyniowa konfitura. i lubię słodki rytuał pt. ciasto na weekend i ostatnio upiekłam dyniowy chlebek (albo ciasto, zwał jak zwał), który jest pyszny i nie można się doczekać aż ostygnie!
dyniowy chlebek
z orzechami

pół małej dyni hokkaido
1,5 szkl. mąki
1/3 szkl. brązowego cukru
1 łyżka cukru pudru
1 jajko
płaska łyżeczka proszku do pieczenia
1/3 szkl. oleju
skórka i sok z połowy cytryny
szczypta (lub dwie) cynamonu
pół szkl. orzechów (włoskich lub laskowych lub nerkowców albo wszystkich po trochu)

piekarnik nastawić na 170 stopni. dynię obrać ze skórki, ułożyć na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, podpiec około 30 minut aż będzie miękka. upieczoną ostudzić i zblendować na puree, dodać sok i skórkę otartą z cytryny oraz jajko i cukier puder, wszystko wymieszać trzepaczką. orzechy posiekać na drobniejszej kawałki. w osobnej misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, orzechami i (opcjonalnie) cynamonem. suche składniki dodać do masy dyniowo jajecznej i wszystko wymieszać łyżką. ciasto przelać do blaszki (użyłam silikonowej, może być też keksówka wyłożona papierem, podane proporcje są na niewielką blaszkę) i piec 35 minut w 180 stopniach. ostudzone można posypać cukrem pudrem lub oblać czekoladą.
taaaki kolor!

niedziela, 12 października 2014

ciasto na niedzielę - jagielnik

o kaszy jaglanej zdarza mi się słyszeć same dobre rzeczy. że zdrowa, że smaczna, że na słono i słodko być może. u mnie na słodko. gotowana na mleku, w słodkim jaglanym puddingu, albo w cieście. nazwałabym je ciastem śniadaniowym, bo gruby plaster posmarowany żurawinową konfiturą smakuje bardzo i słodki głód zaspokaja na długo.

jagielnik z żurawiną

200g kaszy jaglanej
1l mleka
60g masła
1 puszka mleczka kokosowego
1/2 szkl. mąki ziemniaczanej
1/2 szkl. cukru (można dodać odrobinę więcej, bo ciasto jest mało słodkie)
1/2 szkl. suszonej żurawiny
2 łyżeczki ekstraktu z wanilii lub cukru waniliowego

200g ciastek owsianych
1/2 szklanki mąki ziemniaczanej
2 łyżki cukru
2 łyżki jogurtu naturalnego
50 g masła

+ cukier puder do posypania

w dużym garnku zagotowuję mleko z masłem i cukrem waniliowym (lub ekstraktem). kaszę płuczę zimną wodą na drobnym sitku (aby pozbyć się goryczki) i wrzucam do gotującego się mleka. gotuję około 15 minut aż kasza wchłonie płyn, dolewam mleczko kokosowe i jeszcze chwilę zostawiam na ogniu. zostawiam do przestudzenia. piekarnik nagrzewam na 180 stopni. w międzyczasie kruszę ciastka owsiane, mieszam je z masłem, jogurtem, cukrem i mąką ziemniaczaną. blaszkę wykładam papierem do pieczenia, na dno wysypuję masę ciasteczkową, ugniatam mocno, podpiekam 15 minut. ostygniętą kaszę blenduję na gładką masę, dodaję cukier, mąkę ziemniaczaną i mieszam dokładnie, na koniec dorzucam suszoną żurawinę. masę przelewam na podpieczony spód i piekę kolejne 45 minut. gotowe studzę (najlepiej przez noc w lodówce) i posypuję cukrem pudrem. jest pyszne! /zmodyfikowana przeze mnie receptura od waniliowej chmurki

piątek, 10 października 2014

Figa i figi

znajduję jeszcze na straganach jesienne figi ubrane w fiolety. układam je na kromkach chleba z pleśniowym serem i polewam słodkim miodem. Figa też lubi figi, zresztą ona swoim ciekawskim nochalem zawsze ma ochotę zaglądać w talerze. więc tak sobie jemy jesień, figową. i marzymy  o słoiku francuskiej figowej konfitury.

wtorek, 7 października 2014

czytam sobie - Moja mała francuska kuchnia

jesienią wieczory niebezpiecznie zyskują na długości, powroty z pracy szczypią zimnem w uszy i wzmagają marzenie o misce ciepłej zupy. albo o pucharku zapiekanej kaszy manny. jesienią kupuję więcej cytryn i pierwszy tego roku imbir. lubię te szarawe wieczory i poranki z kubkiem herbaty z pigwą i z piękną książką. zadrukowany papier poprzekładam między palcami, gorący kubek robi się zimny i pusty i można sobie pomarzyć o francuskich widokach, zapachach i smakach. i choć Francja nigdy nie była w moich marzeniach - to po tych wszystkich minutach spędzonych nad wertowaniem 'Mojej małej francuskiej kuchni' mam na nią wielką ochotę.
kiedyś kulinarne książki mogłyby dla mnie nie istnieć. na mojej półce stało ich tyle, że zliczę na palcach jednej ręki. i nie wiem zupełnie skąd ta zmiana, wymiana i odmiana, ale teraz niecierpliwie czekam na takie piękności jak ta, która ostatnio stanęła na moim regale. nie tylko lubię je przeglądać i nie tylko mam na myśli oklepane "inspirowanie się", lubię gotować zerkając na piękne fotografie, lubię przepisywać na świstki papieru dekagramy receptur. lubię Rachel Khoo, która w kuchni potrafi tak pysznie czarować. skradnę jej niedługo kilka przepisów i mam nadzieję, że poczuję się przez te krótkie momenty (pomiędzy garnkami a białym talerzem) jak w małej francuskiej kuchni..
piękne fotografie (autorstwa Davida Loftusa) z garstką opowieści i całą masą francuskich receptur, do tego rysunkowe mapki. wszystko dopracowane, pokolorowane i przypomina najpyszniejszy obiad z deserem jaki kiedykolwiek jadłam. jest i słodko i słono, jest Bretania, Prowansja i Alzacja i jest mnóstwo rzeczy, które koniecznie chce spróbować.
premiera książki 8 października, wyd. Albatros. absolutnie nie należy przeglądać jej na głodno albo chociaż bez croissanta u boku!

niedziela, 14 września 2014

weekendowe małe rzeczy

niedziele (jeśli nie trzeba o poranku wstać do pracy) mają swoje przywileje. nieprzyzwoicie długie przesiadywanie w piżamie z książką, leniwie długie śniadania. albo rześkie poranne spacery z psem nad staw. nowy numer wysokich obcasów z kiosku pod blokiem, najlepsze na świecie figi i dyniowe plany na obiad. czas płynie jakoś wolniej.

niedziela, 24 sierpnia 2014

szarlotkowe niby banały - sypana

szarlotka z okruszków i utartych na grubych oczkach kawałków kwaśnych jabłek. spisałam na nią przepis na białym świstku papieru, koślawymi literami, to było w dzieciństwie. szarlotka nazywała się  sypaną i jestem prawie pewna, że zobaczyłam ją w porannej 'kawie czy herbacie'. mówili, że jest strasznie łatwa i wychodzi każdemu. i mi nie wyszła. cała blacha jabłek taplających się w maśle i kaszy manny trafiła do kosza. trochę mi było żal, trochę czułam się oszukana, taki to smutny zawód kilkulatka. od tamtej pory z nieufnością spoglądałam na receptury na sypane szarlotki, które robi się w mig i które zawsze się udają. i pewnie wciąż tak by było, gdyby nie taka jedna wegańska (weganką nie jestem) w jednej z gdyńskich piekarni, której nie potrafię się oprzeć. składa się praktycznie z samych jabłek i cukrowej skorupki na wierzchu. pomyślałam, że musi mieć w sobie coś z szarlotki sypanej i przy okazji weekendu w Domu namówiłam Mamę do jej upieczenia. i jest pyszna, jeszcze ciepła, napakowana po brzegi słodkimi jabłkami z cynamonem i gruszką. zachcianka spełniona. sypana odczarowana.
blaszka słodkiego ciasta rozpachniła ca kuchnię i przyjemnie łaskota zapachem nosy, rzecz jasna - uszczęśliwiła też podniebienia. a jeśli chodzi o frakcje sernik vs. szarlotka, to zaliczam się do wielbicieli tych pierwszych, ale czasem taki dzień, że nie ma opcji żeby nie zjeść retro jabłecznika - domowego, z kratką, niekoniecznie z gałką waniliowych lodów.
szarlotka sypana

1 szkl. kaszy manny
1 szkl. mąki
3/4 szkl.cukru
1 łyżeczka proszku do pieczenia
200 g masła
pół łyżeczki cynamonu
1,5 kg jabłek (można też dodać gruszki zmniejszając proporcjonalnie ilość jabłek)

jabłka (i opcjonalnie gruszki) obrać i zetrzeć na tarce o grubych oczkach. kaszę wymieszać w jednej misce z cukrem, mąką i proszkiem do pieczenia i podzielić tą sypką część na 3. niewielką blaszkę wyłożyć papierem do pieczenia, wysypna dno jedną część sypkich składników, na to 1/3 masła pokrojonego w cieniutkie plastry i połowę jabłek posypanych szczyptą cynamonu, potem warstwę sypkiego, znowu jabłka z cynamonem i trzecią część sypkiego. wierzch równomiernie przykryć pozostałym masłem pokrojonym w plasterki (można posypać jeszcze odrobiną cukru). piec w 180 stopniach około 45 minut aż wierzch będzie rumiany.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

maliny, jeżyny.. i tak codziennie

na śniadanie koniecznie kawa. 250ml kofeiny z dużą ilością mleka i szczyptą cukru. codziennie. i jeszcze owoce o każdej porze roku. lubię tą sezonowość kwaśnych pomarańczy, ulubionych moreli i fig, słodkich malin brudzących palce na różowo. a w kwestii sezonowości lato po prostu nie ma sobie równych! i lubię tą dziecinadę jak na obrazku z Amelii (o tym).

niedziela, 17 sierpnia 2014

na wsi jak w raju

wiadro szczęścia, kilka misek, durszlaków i kubków. na kilka(naście) słoików dżemów i musów. na kilka pudełek lata w zamrażarce. i jak tu być cierpliwą, gdy jeżyny na krzakach się czernią, ale wciąż kwaśne jak diabli!

wtorek, 12 sierpnia 2014

mleczny pudding z tapioki

białe kulki tapioki przeleżały w kuchennej szufladzie kilka długich miesięcy. co jakiś czas smutna paczka wpadała mi w ręce, gdy czegoś szukałam. kilka razy wyciągałam ją na blat z myślą "zrobię dziś coś dobrego", później przeglądałam przepisy i z powrotem wrzucałam ją do szuflady. dobra, niedobra? a co jak się nie uda? udało się, w dodatku było prościej i smaczniej niż się spodziewałam. kulki zrobiły się miękkie i przezroczyste, a całość smakowała jak najlepszy budyń. z (jak sądzę) ostatnimi tego lata truskawkami.
pudding/budyń z tapioki
z musem truskawkowym

1/2 szkl. tapioki
1 łyżka brązowego cukru (można spróbować w trakcie gotowania i dosłodzić więcej)
2,5 szkl. mleka 3,2% (lub mleczka kokosowego/sojowego)
laska wanilii lub cukier waniliowy
10 truskawek
pół banana

tapiokę wrzucam do garnka (najlepiej o grubym dnie) i zalewam zimną wodą, moczę około 3 godzin. po tym czasie odcedzam, wlewam mleko i stawiam na niewielkim gazie. dosypuję cukier i ziarenka z laski wanilii (lub cukier waniliowy) i mieszam. mieszanie to zresztą jedyna rzecz, którą musimy teraz robić, aby tapioka nie przywarła do dna i się nie przypaliła. trwa to około 10 - 15 minut aż ziarenka zrobią się przezroczyste, a całość nabierze gęstości budyniu. można dolać trochę więcej mleka jeśli będzie zbyt gęste. gotowe przełożyć do miseczek i zostawić do ostudzenia (chociaż na ciepło też smakuje pysznie). w tym czasie zmiksować truskawki z bananem i polać pudding. schłodzić w lodówce i zjadać.
taka tapioka ma dużo zalet. jest lekkostrawna i bezglutenowa, z powodzeniem zastąpi zwykły budyń i można jej nadawać dowolne smaki. jeśli dosypiemy łyżeczkę kakao - będzie czekoladowa, jeśli cynamon - wiadomo. do tej pory kojarzyła mi się wyłącznie z przedziwną bubble tea, ale od dziś zmieniam zdanie - tapioka jest super.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

jak śliwka w kompot, knedle!

comfort food, kojące, lepkie, rozgrzewające. takie jedzenie, które przywołuje na myśl same dobre rzeczy i same dobre chwile. ciepłe śliwki z ciemną obwódką skórki schowane w najzwyklejszym cieście z ziemniaków i posypane brązowym cukrem. knedle, domowe, najlepsze na świecie. jadłam je jak byłam mała, jem jak jestem duża i mam 100% pewności, że nigdy się nie znudzą. słodko kwaśne śliwki już są, można lepić!
knedle ze śliwkami

1kg ugotowanych ziemniaków
3 łyżki mąki ziemniaczanej i 1,5 łyżki mąki pszennej
1 jajko
cukier

wszystkie składniki zagniatam na ciasto, jeśli jest zbyt lejące lub lepkie to dodatkowo podsypuję mąką (ale nie za dużo, bo stracą na delikatności). w dużym garnku gotuję wrzątek. formuję kule i w środek wtykam wypestkowaną śliwkę (po wyjęciu pestki warto do środka wrzucić trochę cukru), wrzucam do gotującej się wody i gotuję kilka minut aż wypłyną na wierzch. najlepsze z naturalnym jogurtem i odrobiną brązowego cukru.

czwartek, 7 sierpnia 2014

nie jest słodko, keks z pomidorkami

keks zawsze był dla mnie synonimem słodkiego ciasta, z kawałkami kandyzowanej pomarańczowej skórki i innych małych pysznych kawałków. ciasto dzieciństwa, pieczone przez Mamę, zjadane na imieninach którejś z cioć, teraz nieco zapomniane. i tu niespodzianka - wcale nie takie retro, bo wytrawne keksy co rusz migają mi na kulinarnych stronach. też chciałam spróbować jak smakuje bez cukru i bez niezastąpionych kandyzowanych słodkich jak ulepki owoców - i wyszło nieźle. takie wytrawne ciasto napakowane suszonymi pomidorami.

wytrawny keks z pomidorami

250g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
150 ml mleka
4 jajka
garść oliwek (bez różnicy czy czarne czy zielone)
pół szklanki oliwy z oliwek (jeśli nie lubimy jej specyficznego smaku - można zastąpić olejem)
kilka suszonych pomidorów
kilka listków świeżej bazylii
1 ząbek czosnku
przyprawy: sól, pieprz, ostra papryczka, płatki chilli, oregano

piekarnik nagrzewam na 180 stopni. jajka ubijam mikserem z oliwą. w osobnej misce mieszam mąkę z proszkiem do pieczenia oraz przyprawami (sól, pieprz, ostra papryczka - mogą być suszone płatki chilli, oregano, ważne żeby było dość ostro i wyraziście). suszone pomidory kroję w niezbyt małe kawałki, oliwki w plasterki (można je zostawić w całości - będą ładnie wyglądały po przekrojeniu keksu), czosnek przeciskam przez praskę, świeżą bazylię rwę na drobne kawałki. do jajek dodaję mleko i warzywa, dosypuję mąkę z proszkiem i wszystko mieszam łyżką. gotową masę przekładam do keksówki wyłożonej papierem i piekę około 50 minut. jem wystudzony bez dodatków albo z kapką oliwy.
drewniana deska Baśka, to ulubiony Drewnolot.

środa, 6 sierpnia 2014

mamy lato, wolno nam więcej!

możemy pozwolić sobie na bezkarnie długie spacery, ja i cztery łapy szczęścia - małe i wredne, ale tak kochane, że idzie wybaczyć nawet pobudki o 5 nad ranem. czasem nawet udaje się pospać do 9, gdy akurat nie trzeba iść do pracy. a czasem nawet jeśli trzeba - i tak siedzi się z najlepszymi na świecie przyjaciółmi na plaży tak długo aż będzie środek nocy.
latem leniwych drugich śniadań chce się jakoś bardziej - z widokiem na miasto, przez szybę przytulnej Marmolady (o której napisałam dla Kukbuka). kwaśna lemoniada i słodka drożdżówka z wiśniami. na miły początek dnia, który ma być dobrym. do tego kilka stron kawiarnianej prasy i dalej w drogę.
w ostatnim czasie spacery trójmiejskie dają tyle przyjemności ile tabliczka ulubionej czekolady z całymi orzechami. sierpniowe upały, choć męczące - przynoszą ukojenie letnim deszczem i burzą na koniec dnia. i niezliczonymi gałkami zimnych lodów. w Sopocie tłoczno, ale Gdańsk i Gdynia maja takie skrawki, gdzie można na chwilę uciec.
dobre, bo trójmiejskie, ahoj!