wtorek, 7 maja 2013

czekoladowy faworyt zlepiony orzechowym masłem

to są ciastka, które się piecze, aby osłodzić Komuś dzień. kuchnia jest wtedy przyjemnie oblepiona zapachem czekolady, a otwarty słoik masła orzechowego aż kusi aby skraść choć trochę na czubku łyżeczki i wsadzić do buzi, gdy nikt nie patrzy. to są ciastka, które mają nieprzyzwoicie dużo kalorii i pewnie przez to są takie pyszne. ale nie ma się co martwić w nadmiarze - jedno wystarczy, by zaspokoić słodki głód. chyba, że jest się bardzo czekolubną osobą - wtedy ciastka zjada się dwa. i od razu dzień jest jakiś lepszy.
ciasteczka brownie z masłem orzechowym

100g mlecznej czekolady
200g ciemnej czekolady
40g masła
2 jajka
100g cukru
50g mąki pszennej
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
masło orzechowe (około 1/2 słoika)

czekoladę mleczną i jedną ciemną roztopić z masłem (można to zrobić z garnku o grubym dnie), zostawić do ostudzenia. jedną ciemną czekoladę posiekać na drobne kawałki. jajka ubić z cukrem na puszysty krem, trwa to około 10 minut. mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą. do jaj dodać ostudzoną masę czekoladową, suche składniki oraz posiekaną czekoladę. wymieszać wszystkie składniki. piekarnik rozgrzać na 180st. dwie blaszki wyłożyć papierem do pieczenia, nakładać na nie ciasto łyżeczką do herbaty w kilkucentymetrowej odległości od siebie (ciasto jest dość rzadkie i się rozpływa). piec 10 minut. ostudzone przełożyć masłem orzechowym. /receptura Donny Hay znaleziona u Viridianki
ciasteczka są mocno czekoladowe, mocno orzechowe - słodko słone. pyszne!

wtorek, 30 kwietnia 2013

kwiecień z koszykiem jabłek i piękna szarlotka

o poranku termometr na naszym balkonie pokazuje prawie +50 stopni Celsjusza. szaleństwo! pościelowe godziny są coraz krótsze, bo szkoda czasu na sen, gdy wieczory cieplejsze i gdy poranki z przytulnym słońcem wkradającym się przez prążkowane żółte zasłony.
można już wyciągnąć z szafy zakurzone rolki i jeździć z kimś za rękę próbując nie tracić równowagi. można już leżeć na plaży i chować twarz w dłoniach przed rozwianym przez wiatr piaskiem. chodzić boso brzegiem morza i nazbierać całą kieszeń muszelek. a później zjeść strasznie pyszne lody na tłocznym sopockim monciaku.
wieczorami jabłkowo rumowy poncz (cudowny!) albo grzane wino albo wyjątkowo piękna orkiszowo orzechowa szarlotka pełna szarych renet, w ulubionej kawiarni na gdańskiej starówce. albo wino i malinowa herbata w termosie na nieprzyzwoicie zimnej plaży. albo koncert z marzeń i głośne "nie wolno ci się bać, wszystko ma swój czas".
chciałabym już zaplanować dzień, gdy można do piknikowego koszyka schować cynamonową szarlotkę, butelkę (albo i dwie) słodkiej lemoniady, różowe słomki i sałatkę z awokado albo kanapki i garść małych koktajlowych pomidorków. niedługo!
najpiękniejsza i nieprzyzwoicie pyszna szarlotka upiekła mi się z Misią z Food Haven.
i z kulką waniliowych lodów idealnie pasuje do tej wiosny!

niedziela, 21 kwietnia 2013

owocowe smoothie w burym kolorze

poranek wyrwany dźwiękiem telefonu z nudnych snów. dobre poranki zaczynają się od ładnych słów, później jest kawa i pyszne śniadanie - jeśli dźwięk blendera nie zbudzi tych, którzy w domu jeszcze śpią, to może być owocowe smoothie. napakowane tym co dobre. wypite przez kolorową słomkę. idealnie pasujące do wiosennego poranka z bukietem stokrotek. z najmniejszym bukietem świata mieszczącym się w kieliszku! (:
miksować można tyle owoców, że trudno się zdecydować. w zanadrzu mam już smoothie z kiwi i natką pietruszki, niedługo się nim podzielę. a po głowie chodzi mi ukochane mango z czymś pysznym. i koniecznie wersja malinowa. i z jagodami we fioletach. chyba zrobię swoje prywatne osobiste wyzwanie: smoothie we wszystkich kolorach tęczy.

smoothie owocowe

pół jabłka (2 niewielkie cząstki bez skórki)
pół dojrzałego awokado
4 łyżeczki suszonej żurawiny
1 łyżeczka jagód goji
pół banana

ewentualnie: łyżeczka miodu, 1/3 szklanki mleka sojowego

wszystkie składniki blenduję na na gładki koktajl. z podanych składników wychodzi dosyć gęsty, więc warto dolać niewielką ilość mleka, można także dosłodzić, choć żurawina i banany są moim zdaniem wystaraczającą porcją cukru.

sobota, 13 kwietnia 2013

ciastko z maliną i inne szczęścia wiosenne

szczęście smakuje malinami. jest cynamonową kawą w tekturowym kubku wypijaną w czasie gdańskiego spaceru. i zapachem grzanego wina z kawałkami pomarańczy. nie trzeba mówić w nadmiarze, wystarczy czuć. intensywnie. widzieć każde nieśmiałe uniesienie kącików ust ku górze. szczęście jest słoikiem pełnym karteczek ze słowami i bukietem tulipanów. i kiedy ja mówię, że moje i Twoje, to Ty nazywasz to Naszym. wtedy jest szczęście.
robię telefonowe zdjęcia, czytam przed snem, gotuję zupę w kolorze słońca, gdy jest go w niedoborze. spaceruję, jem kwaśne jabłka, robię pierwsze w życiu tiramisu. jest tak jak lubię. kalendarzowa wiosna zaczęła się w sercu. dopiero później stopniały resztki śniegu, a słońce zaczęło przytulać się do bladej skóry i ogrzewać cały ten chłód nagromadzony przez ostatnie miesiące. teraz już będzie lepiej. będę bezkarnie zapominać rękawiczek i czapki, pić za dużo kawy z piankami i spacerować na koniec świata nie marznąc przy tym okrutnie.

owsiane ciastko z maliną

1 szkl. płatków owsianych, 1,5 szkl. mąki pełnoziarnistej, 1/3 łyżeczki proszku do pieczenia, 1/3 łyżeczki sody, 2 jajka, 1/2 szkl. brązowego cukru, 1 łyżeczka cukru waniliowego, 1 szkl. płatków migdałów, 1/3 szkl. wiórków kokosowych, garść malin (poza malinowym sezonem można użyć mrożonych lub suszonych), 120 g masła

mąkę wymieszać z płatkami owsianymi, brązowym cukrem i cukrem waniliowym, sodą oraz proszkiem do pieczenia. dodać płatki migdałów i wiórki kokosowe. miękkie masło utrzeć mikserem, dodać jajka, następnie stopniowo wymieszane wcześniej suche składniki. gotowe ciasto schłodzić 20 minut (początkowo będzie miękkie). piekarnik nagrzać do 180 stopni, z ciasta formować w dłoniach niewielkie kulki, spłaszczać i układać na blasze wyłożonej papierem, na wierzch powtykać po jednej malinie. piec do zarumienienia około 15 - 20 minut.

niedziela, 7 kwietnia 2013

x3: gumy cynamonowe, alergiczne kakao i kruche serce

ostatnio los podarował mi uczulenie na kakao i czekoladę, taki psikus! nie smucę się tym jednak w nadmiarze, w sumie to prawie wcale się nie smucę, bo ten sam los wynalazł dla mnie doskonały zamiennik i sypie tak nim w moją stronę. sypie okruszkami radości, takimi ładnymi i lepszymi od czekolady (nawet takiej ekskluzywnej o zawartości 85% kakao). dostaję też wiadomości od wróżki, taki spam, ale czasem można się uśmiechnąć, tylko skąd ona u licha ma mój numer telefonu i wie co dzieje się w moim życiu?!

maślane kruche ciasteczka

180 g zimnego masła, 170 g cukru pudru, 1 łyżeczka cukru waniliowego, 350 g mąki pszennej, 1 jajko, 1 żółtko, szczypta soli

wszystkie składniki wrzucić do miski, posiekać szybko nożem, krótko zagnieść do połączenia składników i powstania jednolitej masy. owinąć ciasto folią spożywczą i schłodzić około 25 minut w lodówce. po tym czasie wyjąć, odrywać kawałki ciasta i wałkować na ok. 3 mm, podsypując odrobiną mąki. wykrajać dowolne kształty i układać na papierze do pieczenia. piec w 180ºC około 13 minut.
smutek ostatnio topnieje jak kwietniowy śnieg, ale na krótki moment pojawił się stały element blogowania: nie wiem o czym, nie mam czasu. dobrze, że to mija. zaplątują się małe okruchy radości: cynamonowe gumy i czekoladki z masłem orzechowym, przyleciały z USA, a ja mogłam być szczęściarą, której Ktoś je podarował.

poniedziałek, 25 marca 2013

pascha ulubiona. pomarańcze z morelami.

jeśli miałabym opowiedzieć w ładnych słowach o moim ulubionym deserze, to pewnie byłaby to pascha. niby nic - twaróg i suszone owoce zawinięte w ścierkę, a jednak. w mojej kuchni powstaje raz w roku, jest wyczekana i najpyszniejsza. ze świeżą skórką z pomarańczy, odświętna. jeśli jeszcze nie próbowaliście.. zapewniam, że warto!

najlepsza pascha
z pomarańczą, żurawiną i morelami, bez jajek

400g twarogu
60g miękkiego masła
1 łyżka kwaśnej śmietany
80ml mleka 2%
3 łyżki cukru pudru
150g bakalii (żurawiny, morele, rodzynki)
skórka starta z pół pomarańczy

bakalie zalewamy wrzątkiem w niewielkiej miseczce i zostawiamy na 30 minut aby namiękły. twaróg można zmielić w maszynce, ale nie jest to konieczne, ja wolę paschę z wyczuwalnymi grudkami. w dużej misce należy zmiksować twaróg rozdrobniony wcześniej widelcem z mlekiem, śmietaną i miękkim masłem, trwa to około 4 - 5 minut. dodać cukier puder i jeszcze zmiksować chwilę aż się połączy. następnie wrzucić odsączone owoce i skórkę otartą z pomarańczy, wymieszać całość łyżką. gotową masę przełożyć do miski wyłożonej bawełnianą ściereczką, zawinąć i przycisnąć czymś ciężkim (ja poratowałam się słoikiem ogórków), odstawić do lodówki na kilkanaście godzin, najlepiej na całą noc. po tym czasie wyjąć ze ścierki, pascha jest gotowa do jedzenia.
nie ma Świąt bez paschy, jest najpyszniejsza! podane proporcje są na mały talerzyk, więc proponuję ich podwojenie. a dla wielbicieli pomarańczy - starcie skórki z całej, a nie z połowy.
ps. słońce wyszło! i niech to będzie poniedziałkowa zapowiedź dobrego tygodnia.

czwartek, 21 marca 2013

pomarańczowe odczarowywanie z Sycylii

przez wydłużającą się w nieskończoność zimę mam niedobór witaminy C i B i pewnie całej reszty witaminowego alfabetu. magnez wyniszczony przez hektolitry wypitej każdego ranka kawy. i brak witamin słonecznych. jestem marudna i monotematyczna, jak wszyscy wokół. a to z tęsknoty. zamiast śniegu przyklejającego się do policzków - wolałabym trzy jaskrawe promyki grzejące nos. zamiast czekania i smutku - garstkę miłości. teraz.
te pomarańcze są w kontrze do zimy. słodkie, oblepiające sokiem palce i blat. moja szklanka szczęścia wypita przez różową słomkę w jedno z popołudni. takie cuda u Misi, z którą najmilej piecze się marchewkowe ciasto i najpiękniejszą szarlotkę - niedługo ją Wam pokażę!
sycylijskie, po brzegi napakowane słońcem, kilkanaście kilogramów w dużych kartonach, zazdroszczę Jej szalenie! :-) szczególnie dziś, gdy Sopot znów przysypało śniegiem.
zostawiam Wam cytrusowe obrazki, a sama uciekam szykować się do witania wiosny. będzie słodko i z girlandą kolorowych kokard nad pokojem. z czekoladą, z truskawkami, ciastkami..!

niedziela, 17 marca 2013

na okrągło: kokosowe z morelami i pomarańczą


miasto wciąż pokryte warstwą śnieżnego cukru pudru. buty niebezpiecznie ślizgają się po resztkach lodu przyklejonych do chodnika. ta zima jest nieznośnie długa i poniewierająca. i czasem ilość nagromadzonego smutku na metr kwadratowy bywa zbyt wielka. nie trzeba go podlewać, a on rośnie. biała czekolada i białe kokosowe wiórki - są bardzo kompatybilne z białą porą roku. do tego jeszcze morele, migdały i pachnące pomarańczowe skrawki. a jak za cztery dni zrobi się wiosna, to ja też poszukam kolorów. Ktoś mówi, że "każde 60 sekund smutku, to minuta radości, której nie odzyskasz", no to już wystarczy!
kokosowo migdałowe kule 
z morelami i pomarańczą

1,5 szkl. drobnych wiórków kokosowych
3/4 szklanki obranych migdałów (lub w płatkach)
250g serka mascarpone
2 tabliczki białej czekolady
3/4 szkl. suszonych moreli
skórka otarta z 1 pomarańczy

wiórki kokosowe i migdały mielę w blenderze, a w razie jego braku zostawiam wiórki tak jak są, a migdały siekam drobno. morele kroję na kawałeczki, a skórkę ścieram z dużej pomarańczy. mieszam te 4 składniki. w garnku na niewielkim ogniu roztapiam mascarpone, a gdy jest już płynne, wyłączam gaz i wrzucam połamaną na kawałki białą czekoladę, mieszam aż się dokładnie rozpuści. odstawiam na kilka minut do przestygnięcia. wrzucam do garnka wiórki z migdałami, morelami i skórką i mieszam wszystko. zostawiam aż lekko zastygnie (na przykład na zimnym balkonie), później formuję niewielkie kulki i obtaczam je we wiórkach kokosowych. w lodówce można je przechowywać nawet do dwóch tygodni.
w ciągu trzech dni turlałam je dwa razy. a biorąc pod uwagę to, że w kuchennej szufladzie zostało jeszcze trochę czekolady, moreli i migdałów, to w przyszłym tygodniu znów je zrobię!

sobota, 9 marca 2013

jeszcze lepsze ciasto marchewkowe? tak!

wydawało mi się, że znalazłam marchewkowy ideał, ale znalazł się też Ktoś, kto może i nie zepchnął go bezczelnie z podium, ale upiekł marchewkowe tak dobre, że aż byłam zła, że tak można! szybko mi jednak ta złość przeszła, gdy spróbowałam okruszki i jeszcze dostałam kawałek na wynos wychodząc z domu Ktosia. marchewkami miło jest się dzielić. i nie wiem czy trzeba mocno do nich zachęcać, ale jeśli ktoś lubi cynamon, to powinien pójść teraz w stronę kuchni i sprawdzić czy ma w niej wszystkie składniki z poniższej rozpiski i piec!
 
gdy pewnej chmurnej niedzieli zabrakło w moich kuchennych pudełkach rodzynek i orzechów, a do sklepu nie po drodze, dodałam do ciasta jagody goji i pestki słonecznika. też się pysznie udało, zatem można kombinować. najbardziej lubię w nim to, że jest wilgotne i długo świeże. i już nawet nie potrzebuje nic na wierzch, choć z kremem z twarożku  i cukru pudru jak w moim poprzednim marchewkowym (klik) pewnie też byłoby pycha!
jeszcze wciąż przed wiosną, z chłodem u boku i ciepłymi kubkami herbaty.
 
ciasto marchewkowe
proporcje na blaszkę ok. 20cm

50g rodzynek, 250g drobno startych marchewek, 100g grubo startych jabłek, 1/4 szklanki maślanki, sok + skórka otarta z 1/2 pomarańczy, 2 żółtka, 175g cukru, 3/4 szkl. oleju (z pestek winogron/ słonecznikowego/ rzepakowego)

250g mąki pszennej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1 łyżeczka sody, 1,5 łyżeczki cynamonu, 1 łyżeczka kakao, szczypta soli, 50g posiekanych orzechów włoskich

3 białka
rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić na czas tarcia marchewek. tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia, piekarnik włączyć i nastawić na temperaturę 190°C. mokre składniki czyli: marchewki, jabłka, maślankę, skórkę i sok z pomarańczy, rodzynki, żółtka oraz olej dodać do dużej miski, dosypać też cukier, całość wymieszać. białka ubić na sztywną pianę. do masy delikatnie dodać składniki suche (mąka, proszek do pieczenia, soda, cynamon, kakao, szczypta soli oraz orzechy) i mieszać tylko do połączenia składników. następnie dodać ubitą pianę z białek mieszając delikatnie. masę przelać do tortownicy i wstawić do nagrzanego piekarnika. piec do suchego patyczka przez 1h 15 minut. /oryginał od Misi z Food Heaven

tzw. backstage, czyli marchewkowa sesja zdjęciowa się robi.
obiekt fotograficzny (po wcześniejszym obfotografowaniu) należy zjeść!!
strasznie jestem ciekawa czy na moim prywatnym podium powinno znaleźć się jeszcze jakieś marchewkowe.. i jak wiele receptur uda mi się wyszukać i spróbować. i czy jeszcze kiedyś jakiś Ktoś upiecze ze mną najpyszniejsze marchewkowe ciasto w świecie i jakie ono będzie!

niedziela, 3 marca 2013

lekarstwo na dziś: trzykolorowa czekolada na patyku

wczoraj wieczorem pomyślałam sobie, że lekarstwo na smutek koniecznie potrzebne, na niepewność. najlepiej o działaniu natychmiastowym. do rozpuszczenia w szklance zimnej wody albo do połknięcia. bo kiedy stoję pośrodku miasta i mam ochotę się rozryczeć, to powstrzymuje mnie tylko widok spływającego po monotonnie bladych policzkach tuszu do rzęs. każdemu się czasem zdarza, prawda? że trzeba odpocząć, przeczekać. z kubkiem kakao lub czekolady. uciec na trochę, wyłączyć telefon i myślenie, iść na nieprzyzwoicie długi spacer. na odczarowanie złego - jest czekolada na patyku. do schowania w kubku ciepłego mleka, roztopienia, wypicia, rozszczęśliwienia. jeśli tylko da się.
prostota wygląda tak: bierze się tabliczkę białej czekolady, tabliczkę mlecznej i tyle samo ciemnej. roztapia się je w dowolnej kolejności i wlewa do foremek, odczekując aż poszczególnie warstwy zastygną. wierzch posypuje się wiórkami kokosowymi, pokruszonymi cukierkami lub czymkolwiek innym co da się zjeść i będzie pasowało. ja bym jeszcze spróbowała ze szczyptą soli lub z cynamonem. jak czekolada zastyga, trzeba powtykać drewniane patyczki. a gdy całkowicie zastygnie, wyjąć z foremek i podarować tym, których chcemy rozuśmiechać. roztopić w mleku albo zjadać jak się chce.

sobota, 2 marca 2013

nasze kuchenne czary w restauracji

dzień, gdy budzik dzwoni przed siódmą. normalnie najpewniej byłabym niepocieszona. w pośpiechu kawa, aparat do torebki, na dworze chyba -10, wybiegam bez śniadania. a później dokładnie dziewięć godzin smakowania, siekania, doprawiania, rozmawiania. (u)śmiechów i przyjemności. to moje pierwsze warsztaty, pierwszy wypatroszony pstrąg i pierwsza zjedzona krewetka. pyszny marchewkowy flan z sokiem z cytrusów i tarta na spodzie z kuskusu, ryby na kilka niebanalnych sposobów. a na deser kajmak i kasztanowy mus.
kielich musu kasztanowego z granatem i koniakiem

2 podłużne biszkopty, 250g serka ricotta,150g śmietany 30%, 100g kremu kasztanowego, 75 ml koniaku, 3 żółtka, 100g cukru pudru, pół granatu

żółtka utrzeć z cukrem, dodać ricottę. osobno ubić śmietanę z pudrem, dodać likier, krem kasztanowy i na sam koniec delikatnie wmieszać śmietanę. w kielichu układamy warstwami: pokruszone biszkopty, masę kasztanową, granaty, masę.

szef kuchni Janusz Małyszko gotuje i dekoruje, a ja jestem wdzięczna za kulinarne ciekawostki, sekrety, receptury i nieznikający uśmiech.
bardzo dziękuję gdańskiej Restauracji Pod Łososiem, markom: kamis, decare, z pierwszego tłoczenia, horeca experts.
oraz blogerkom za wspólne gotowanie i cudownej Ewie, że miała tyle energii i kulinarnego zwariowania, by to dla nas przygotować!!

niedziela, 24 lutego 2013

2 łyżki mąki i kajmak, te najsłodsze

są chwile entuzjastycznych uścisków, gdy chciałoby się bardzo głośno krzyknąć z radości. bardzo by się chciało. są wydłużające się chwile tęsknienia i czekania. niecierpliwe i smutne nie tylko w jednej trzeciej, ale w 3/4. uśmiechasz się i złościsz. na mnie. czasem jest gorzko, a później znów ciepło z odrobiną lodów na najsłodszych babeczkach świata.
fondant kajmakowy - babeczki z płynnym kajmakiem
dulce de leche lava cakes

2,5 łyżki mąki i odrobina do wysypania foremek
1 łyżka masła
2 żółtka i 1 całe jajko
1 i 2/3 szkl. kajmaku
opcjonalnie: lody waniliowe, sól morska
+ foremki do zapiekania

piekarnik rozgrzać do 210 stopni. foremki natłuścić masłem i obsypać dno i ścianki mąką. mikserem ubić żółtka z jajkiem na puszystą masę (trwa to ok. 2-3 minuty), do momentu aż ilość masy się podwoi i będzie spływała z mieszadła. dodać kajmak i ubijać tak, by dobrze połączył się z resztą masy, stopniowo dosypywać mąkę. przelać masę do foremek (do wysokości 2/3 foremki) i włożyć do nagrzanego piekarnika. piec do momentu aż wierzch ładnie się zrumieni, ale środek będzie nadal płynny - około 10 minut. wyjąć z piekarnika i od razu ostrożnie przekładać z foremek na talerze. nożem zrobić na środku nacięcie - wypłynie masa kajmakowa. podawać od razu z gałką lodów waniliowych. ci, którzy lubią smak solonego karmelu i kajmaku, mogą dodać do gotowej masy sól morską, przed przelaniem jej do foremek. jeśli babeczki piekły się za długo, środek się zetnie i nie będzie już płynny, ale smak i wilgotna faktura pozostaną.
 
pewna Anna Maria bardzo kusiła, by upiec kajmakowe babeczki. mnie złapała na wędkę swoich ciepłych słów. upiekłam, spróbowałam, nie żałuję. receptura pochodzi z lutowej Weekendowej Cukierni, której gospodynią w tym miesiącu jest Kucharnia. kajmakowe = słodkie. bardzo słodkie i zalecane do zjadania w nie za dużych porcjach :-)

piątek, 22 lutego 2013

gruszka czy pietruszka? obie!

już byłam pewna, że otworzę pudełko ze smutkiem, że będzie tam kilka lekkich łez, kilka kul śniegu ciskanych ze złością o chodnik. ale okazało się, że w pudełku był czyjś ciepły uśmiech, grzane wino i śnieg na chodnikach, bez złości. kiedy chciałam otworzyć pudełko ze spokojem, okazało się, że on tam owszem jest, ale przykleił się do niego również niepokój. spokój i niepokój? bzdura. lepiej ugotuję zupę zamiast otwierać te pudełka. krem z pietruszek i gruszki brzmi ładnie, smakuje też. ciepła zupa co ogrzeje smutne od zbyt długiej zimy myśli. a ja wciąż będę wierzyć, że w pudełku "radość" jest radość. i ani grama rozczarowania.
krem z pietruszek i gruszki

1/2 kg korzeni pietruszki, 1 gruszka, 1/2 szkl. mleka, 1 szkl. delikatnego bulionu warzywnego, 2 łyżki oliwy, sól i świeżo zmielony czarny pieprz, szczypta ostrej papryki, ewentualnie starty ser mozzarella i suszony tymianek

obraną pietruszkę kroję na niewielkie kawałki. w garnku rozgrzewam około 2 łyżki oliwy i wrzucam pietruszkę. w międzyczasie obieram i kroję gruszkę (następnym razem gotując tą zupę dodam pół gruszki, aby było mniej słodko), również wrzucam ją do garnka. całość duszę około 10 - 15 minut aż będzie miękkie, dodaję bulion, gotuję kolejne 10 minut na niewielkim ogniu. po tym czasie dolewam mleko i dosypuję przyprawy. pietruszka jest dosyć mdłym warzywem, więc potrzebuje nieco ostrości: pieprzu i szczypty papryki, odrobina soli też się przyda. i tymianek. zdejmuję garnek z gazu i całość blenduję na gładki krem. podaję posypane startą mozzarellą. /pomysł od Marty z Jadłonomii