wtorek, 18 marca 2014

słoik ananasa i 4 truskawki, taka zima!

moja słabość do kolorów wciąż trwa i jest wielka. jest tęsknotą za wiosną, za intensywną czerwienią truskawek i zieloną czupryną słodkich ananasów. i tych marcowych nie uważam za marne pocieszenie, ale za całkiem skuteczne ładowanie kolorystycznych baterii. może witaminowych też, bo braków i niedoborów przybywa z każdym kolejnym dniem zimy. ale to już niedługo, przecież śnieg stopniał, zazieleni się.
i kiedy w wolny od pracy dzień wstaję o poranku i idę po porcję witamin na pobliski zielony rynek - nie mogę się powstrzymać, by do beżowej eko torby nie wpadły choć cztery truskawki i jeden dojrzały ananas za 3 złote. i jeszcze pomarańcza i banan w kropki dojrzałości.
ananas jest najlepszy, słodki sok oblepia palce, a połowa znika nim jeszcze trafi pod ostrza blendera. no i ta czupryna - mogłabym dostawać w prezencie ananasy zamiast kwiatów :-))
na 2 duże kubki potrzeba tylko: dojrzałego banana, pół pomarańczy, 4 truskawki i pół ananasa. i ani grama cukru, ewentualnie dwie łyżki naturalnego jogurtu lub pół kubka mleka.

sobota, 15 marca 2014

domowa granola, chrupkie ochy i achy

wiele paczek musli i granoli trafiło do mojego sklepowego koszyka zanim zmobilizowałam się do wypiekania tych domowych. i teraz jestem oczarowana. bo naprawdę chrupie, bo jest słodkie i ma dokładnie tyle owoców i orzechów ile lubię. nie ma cukru, nie ma tłuszczu, ma miód i dużo moreli. teraz już rozumiem tych wszystkich, którzy domową granolą zachwycali się od dawna. pachnie pięknie, a z zimnym mlekiem smakuje tak, że och i ach.
domowa granola

2 szkl. płatków owsianych (górskich, nie błyskawicznych)
1/2 szkl. orzechów włoskich
1/2 szkl. migdałów (w płatkach, słupkach lub całych)
1/3 szkl. orzechów laskowych
1/4 szkl. ziaren słonecznika
2/3 szkl. suszonych moreli
1/2 szkl. miodu (+ łyżka jeśli masa przed pieczeniem okaże się zbyt sucha)
garść suszonych fig i daktyli
opcjonalnie: żurawina, rodzynki

piekarnik nagrzewam na 180 stopni. orzechy włoskie kroję na drobniejsze kawałki, mieszam w misce z laskowymi, migdałami i płatkami owsianymi. dodaję miód i mieszam łyżką (lub dłońmi aby wszystko idealnie połączyć). wykładam równomiernie na blaszkę wyłożoną papierem i piekę około 20 minut aż będą rumiane, mieszam je dwa razy w trakcie pieczenia. upieczone studzę, kruszę, dodaję pokrojone bakalie. /do produkcji domowej granoli zmobilizowała mnie Jadłonomia!
z bakaliami w tej granoli jest tak: można dodać je po upieczeniu (postępując zgodnie z oryginalną recepturą), ale można też dosypać je wcześniej i podpiec razem z orzechami i płatkami, trzeba tylko uważać, by nie spiec całości za mocno, bo na przykład rodzynki robią się niesmaczne, gorzkie i trzeba bawić się w wydłubywanie jej z całości mieszanki.

poniedziałek, 3 marca 2014

wiosno chodź, mango i pomarańcze

wymyśliłam sobie w drodze do domu bukiet tulipanów i słodkie mango. tulipanów nie było, ale w zieleniaku czekało na mnie ostatnie dojrzałe najsłodsze słońce, ulubione.pół zjadłam obierając i krojąc, drugie pół wpadło do koktajlu. bez grama cukru, z połówką banana i pomarańczy. na tydzień pełen trosk, słoik szczęścia i witamin, dosłownie.
na jeden słoik mocy potrzeba:
pół dojrzałego mango
pół słodkiej pomarańczy
pół banana
pół szklanki mleka
a wszystko to zmiksować blenderem na gładko i wypić przez słomkę lub nie.
wiosna idzie, czuję to w kościach. znów zdarza mi się zapatrzyć w słońce za oknem i zapomnieć ciepłej czapki. zdarza mi się jeść eklerki (smakowały jak dawniej, serio!) w pociągu podmiejskim, kupować bardziej jaskrawe niż zwykle swetry i więcej myśleć o tym, że to co mi się marzy może się spełnić. dobrze jakby się spełniło.
smoothie są super, nie tylko dlatego, że ostatnio stała się jakaś moda na miksowanie. są super, bo za każdym razem smakują inaczej, bo można mieszać wszystkie smaki i wszystkie kolory. i może wreszcie uda mi się zrobić je we wszystkich kolorach tęczy.

do patrzenia, do czytania, do próbowania - Usta. ładne, pachnące drukarską farbą, z przyjemną fakturą papieru. obejrzę całe i na pewno wybiorę coś co będę mogła zabrać do swojej kuchni.

piątek, 21 lutego 2014

sernik, żurawina i chrupkie migdały

każdemu zdarza się czasem marudzić, kaprysić, pokazywać humorki. i tak sobie myślę, że z sernikami jest podobnie. wyrośnie, nie wyrośnie? opadnie czy nie? gdy je piekę najchętniej siedziałabym przed szybką piekarnika jak sroka wpatrzona w gnat i obserwowała. ale po pierwsze - półtorej godziny to trochę za długo, a po drugie - wolę nie zapeszać. drżącą ręką uchylam drzwiczki, czekam aż ostygnie. i oto jest - sernik z żurawiną, obsypany słupkami chrupkich migdałów. niczego mu nie brak, recepturę znam już na pamięć.
sernik (prawie) wiedeński
z żurawiną i migdałami

1 kg twarogu (użyłam w kostkach, zmieliłam raz)
5 jajek
1 szklanka cukru (dodałam 3/4)
100g masła
garść żurawiny
dwie garści migdałów w słupkach lub płatkach
2 łyżki masy kajmakowej
1 łyżka mąki pszennej
1 łyżka mąki ziemniaczanej lub budyniu śmietankowego
ciasteczka pełnoziarniste na spód, pół szklanki mleka

wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. twaróg zmielić w maszynce, odstawić. obie mąki zmieszać ze sobą. w misce utrzeć mikserem masło z cukrem na puszystą masę, dodawać stopniowo jajka, miksować dalej. następnie partiami dodawać twaróg, na końcu wsypać mąki. dodatkowo można dosypać garść żurawiny. piekarnik nagrzać do 170 stopni. na dnie blaszki wyłożonej papierem wyłożyć zamoczonymi na chwilę w mleku ciastkami, wylać na nie masę serową. blachę wstawić do pieca i od razu zmniejszyć temperaturę do 150 stopni, piec półtorej godziny, studzić w lekko uchylonym piekarniku. ostygnięte ciasto posmarować masą kajmakową i posypać migdałami (można też użyć orzechów - świeżych lub podprażonych na patelni).
 
sernik trochę w starym stylu, taki klasyczny, nie puszysty i nie do końca kremowy. mocno twarogowy, słodki dzięki żurawinie i z odrobiną chrupania w postaci migdałów. jeśli go odpowiednio wystudzimy na pewno nie opadnie. jest pyszny.
oryginalna receptura na sernik wiedeński pochodzi z książki Moje wypieki i desery

środa, 12 lutego 2014

appetit. o muzyce czy o jedzeniu? jedno i drugie!

ładne rzeczy lubię chować do pudełka, mieć tylko dla siebie, zaglądać, gdy mam ochotę. ładne rzeczy karmią moją wrażliwość, ładne dźwięki, wyjątkowe smaki. może być świeżo upieczona drożdżówka, może być garść wyłuskanych włoskich orzechów, albo szklanka soku z malin rozcieńczonego przegotowaną wodą. może być piosenka o miłości albo codzienności, o złości, radości, obojętnie, ale musi być taka, że chce się nacisnąć replay. lubię te dźwięki i te dni, gdy rwący skronie ból głowy zamienia się w małe przyjemności. w przydomowym zieleniaku kupiłam dziś batata, topinambur i dwie koślawe pietruszki, ugotuję obiad, który będzie bardzo zwykły i bardzo przy tym wyjątkowy, bo rozpieszczanie kubków smakowych to taka prosta przyjemność. mam dzień kiedy zupełnie nic nie muszę i nic mi nie trzeba, no może tylko spełnić ze 3 marzenia.
Appetit - muzyka i słowa, kilkanaście pięknych piosenek i pudełeczko pełne receptur. forma, kolory, i struktura papieru, którą lubię. chce się tego słuchać na okrągło. warto owinąć wokół szyi ciepły szalik i pobiec do sklepu muzycznego, po drodze zahaczając jeszcze o spożywczy - przyda się tabliczka mlecznej czekolady albo garść orzechów, żeby uszczęśliwić wszystkie zmysły!
tego mi dziś było trzeba, tylko zamiast obiadu mam piosenki, więc pora zamieszać w garnkach.
Appetit
pomysł serii i autor kompilacji: Asia Chacińska
17 smakowitych utworów i 12 fiszek z recepturami, cud miód

CZEGO SŁUCHACIE GOTUJĄC?

niedziela, 9 lutego 2014

cytryna, różowy pieprz i czekolada!

najsłodsza biała czekolada, kwaśne cytryny i lekko intrygujący różowy pieprz - tak to sobie wymyśliłyśmy pewnego wietrznego popołudnia. godziny spędzane na kuchennych przyjemnościach prawie zawsze mijają za szybko, tematów do rozmów jest zwykle za dużo, a czasu za mało, ale najprzyjemniejsze nastaje na koniec - próbowanie! smakowanie, mlaskanie, po drodze jeszcze kilka zdjęć. później jest trochę gorzej, bo bałagan trzeba posprzątać, ale choćby 3 takie trufle są w stanie wynagrodzić minuty stania nad brudnymi garami, zdecydowanie.
cytrynowe trufle z różowym pieprzem

250g pudełko serka mascarpone
3 tabliczki białej czekolady
1 łyżeczka masła
skórka otarta z 1 cytryny
kilka kropel soku z cytryny
kilka(naście) ziarenek różowego pieprzu
cukier puder do do obtoczenia

do garnka ustawionego na malutkim gazie dodajemy serek mascarpone i masło, mieszamy czekając chwilkę aż się rozpuszczą, dodajemy połamaną na kostki białą czekoladę, kilka kropek soku z cytryny i mieszamy aż powstanie gładka masa. przelewamy ją do miski i odstawiamy aż lekko ostygnie, następnie dodajemy utłuczone w moździerzu ziarenka pieprzu i skórkę otartą z cytryny. chowamy do lodówki, a gdy masa jest już zimna wstawiamy na kilka minut do zamrażarki. w międzyczasie przygotowujemy miseczkę z cukrem pudrem, wyciągamy masę i formuję w dłoniach niewielkie kuleczki (masa może być klejąca, więc najlepiej nabierać ją łyżeczką i formować w lekko mokrych dłoniach). obtaczam w cukrze pudrze i odstawiam znów do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. trufle dzięki mascarpone są kremowe, delikatne słodko czekoladowe, mocno cytrynowe z baaardzo intrygującym pieprzowym posmakiem. 
taki cytrynowo pieprzowy miks stworzyłam razem z Natalią z Czym pachnie u Żaków :-)

czwartek, 30 stycznia 2014

gorąca czekolada bardzo pomarańczowa

nic odkrywczego, ale potrafi umilić wieczór jak nic. czekolada. i słodkie czerwone pomarańcze - moje dzisiejsze zdobycze z warzywniaka, 3 złote 40 groszy za kilogram cytrusowej przyjemności. nie wiem czy dotarły do polskiej zimy z ciepłej Sycylii, ale mają piękny kolor i są pyszne. ciekawska za jednym zamachem rozkroiłam aż trzy żeby sprawdzić ich odcienie czerwoności. gorąca czekolada z czapą bitej śmietany, rozpustna, zimowa, absolutnie obowiązkowa o tej porze roku.
gorąca czekolada z pomarańczą

1 tabliczka ciemnej czekolady
1 szklanka mleka
skórka otarta z 1 pomarańczy
opcjonalnie: łyżeczka brązowego cukru
w wersji "pełnia szczęścia": 2 łyżki bitej śmietany (kremówka ubita ze szczyptą cukru)

czekoladę roztapiam w rondelku o grubym dnie, wrzucam skórkę otartą z pomarańczy, dolewam mleko, jak mi za mało słodkości to jeszcze dosypuję łyżeczkę cukru - zamiast tego można podmienić pół ciemnej czekolady na połowę mlecznej. można też na jedno popołudnie wyłączyć licznik kalorii i część mleka zamienić na śmietankę 30%, raz można! roztopione, wymieszane przelewam do filiżanek, posypuję skórką z pomarańczy i gotowe.
zimowa biel lubi kontrast czerwieni, tak myślę i lubię czerwone filiżanki w rozmiarze bardzo mini. na jeden łyk, góra dwa, wtedy można nalać sobie czekolady po same brzegi i nie mieć ani mililitra wyrzutu sumienia.

sobota, 25 stycznia 2014

zasłoikowana

miejsce ubrań w dolnej szafce zajęły słoiki.. bo w kuchni się już nie mieściły. dżemy najbardziej upodobały sobie podróże na trasie Elbląg - Gdańsk, samochodem, czasem pociągiem, rzadziej autobusem. ostatnim ulubieńcem była mieszanka pt. jabłko, gruszka, jeżyna. dwie łyżeczki sprawdziły się doskonale w chwili "ratunku, nie ma nic słodkiego, potrzeba mi cukru!". maliny ze słoika lubią taplać się w herbacie, pigwa też. raz nawet (o czym nie powinnam mówić głośno) miałam taką ochotę na słodkie kanapki, że do pracy zapakowałam bułkę posmarowaną dżemem, i to nie kulinarny upadek, a chwilowa słabość, wiadomo. są mirabelki, takie gwiazdy (bo takie pyszne), pierwszy raz schowały się w słoikach w tym roku i bardzo słuszna to była decyzja, mają piękny pomarańczowy kolor i smakują wybornie. albo róża, dynia, gruszki w syropie i jabłka do szarlotki.. są też i bardziej wytrawne kąski, ale zainteresowanie nimi jakoś mniejsze. purpurowe buraczki do obiadu, ale żeby było bez nudnych zagrań - z dodatkiem śliwki. jest marynowana papryka z kalafiorem, ogórki, może znalazłyby się jeszcze jakiś patison. lubię te moje słoiki. ale najbardziej to uwielbiam moją Mamę, która je wszystkie czaruje latem i u schyłku jesieni, a ja tylko obklejam i opisuję słoiki. tak sobie o nich przypomniałam, bo zimą nic tak nie daje namiastki lata jak myśl o wygrzanych w słońcu jeżynach. i dobrze, że można je sobie teraz tak bezkarnie jeść. ze słoika.

piątek, 24 stycznia 2014

karmel i dynia do chrupania


jedzenie, które chrupie jest ponoć jakieś bardziej. lubimy chrupać, skubać słonecznik wieczorami, podjadać orzeszki, lubimy, gdy płatki w mleku chrupią, bo są jakoś lepsze niż te rozmięknięte. karmel też chrupie i jest baardzo słodki i ma niecodzienny dodatek pestek dyni. kubki smakowe lubią takie proste choć niebanalne duety. a ja lubię takie wynajdować, podkradać i mieć dla siebie.
karmelowe chrupki z pestek dyni

1 szklanka cukru
3-4 łyżki wody
0,5 łyżeczki soli morskiej
3/4 szklanki pestek dyni

Przygotować dużą tacę lub blachę do pieczenia. Rozłożyć na niej arkusz papieru do pieczenia - najlepiej krawędzie papieru przylepić taśmą klejącą do blachy, co zapobiegnie jego przesuwaniu się, rozsypać pestki dyni - równomiernie, by tworzyły cienką warstwę i nie nachodziły na siebie. Przygotować także drugi arkusz papieru o takim samym wymiarze. Do rondla z grubym dnem wsypać cukier, sól oraz dodać wodę. Wstawić na średni ogień i czekać aż cukier zacznie się rozpuszczać. Nie należy mieszać, gdyż tworzą się grudki. Po ok. 10-12 minutach cukier zacznie się karmelizować, najpierw od spodu, więc, by zapobiec jego przypaleniu można delikatnie poruszać rondlem. Gdy całość cukru się rozpuści i osiągnie kolor bursztynowy, rondel zdjąć z ognia i szybkim ruchem rozlać karmel na rozsypanych pestkach dyni. Należy to robić dość prędko, gdyż karmel szybko zastyga. Na rozlany karmel nałożyć drugi arkusz papieru i przy pomocy wałka rozprowadzić równomiernie, tak, by równą i cienką warstwą pokrył pestki. Gdy lekko zastygnie, ściągnąć górny papier i zaraz pokroić na paseczki przy pomocy ostrego noża. Można też zostawić część w całości i użyć później do przygotowania krokantu.
recepturę cytuję za Anną Marią, a decha piękna od Drewnolotów!

poniedziałek, 20 stycznia 2014

ciastka czekoladowe w poniedziałek styczniowy

czasem blue monday* potrafi nabrać dosłownego znaczenia, nawet jeśli zaczyna się zupełnie zwyczajnie i nawet jeśli się nie wie, że jest taki niebieski. ale później ktoś zdenerwuje, coś się nie uda, inny ktoś jest smutny i martwisz się jak sprawić, by uśmiechał się bardziej i więcej. i kiedy już wydaje się, że nic nie nie jest w stanie sprawić, by mróz mroził mniej, by dom był o te 40 minut bliżej, by było po prostu cieplej - fizycznie i na sercu - to spotykasz kogoś z kim możesz wypić kubek gorącej czekolady niczym się nie martwiąc, bo buzia brudna od czekolady to sama słodycz. spotykasz kogoś z kim możesz wrócić do domu, z kim możesz zjeść ciastko, odkręcić kaloryfer i grzejąc zmarznięte ręce o kubek z Audrey H. pełen zielonej herbaty skończyć ten dzień. może być też szklanka ciepłego kakao. dobranoc.
ciastka takie zwykłe. chocolate cookies na blue monday są w sam raz. pełne kawałków czekolady.

* ktoś wymyślił, że to najbardziej depresyjny poniedziałek w roku, dobrze, że skończy się za dwie godziny, a cała reszta poniedziałków będzie już obsypana większą ilością cukru pudru

czwartek, 9 stycznia 2014

po 5: dziękuję

taka przyjemna myśl na dziś: bloguję pięć lat. bez wyliczeń, patetycznych podsumowań, liczby zakalców i sukcesów. DZIĘKUJĘ za kolejne 365 dni radości i poproszę o jeszcze. witaj 6 roku!

poniedziałek, 6 stycznia 2014

czekoladowo miodowe trufle z.. twarogu!

 
grudzień w kuchni był dla mnie nieco abstrakcyjnym pojęciem, ale styczeń zapowiada się już o wiele pyszniej. bo czasu na kartkach kalendarza jakoś więcej, bo pomysłów garstka i nowe kulinarne książki (jak ja mogłam ich kiedyś nie lubić?!) prężące swoje grzbiety na półce wciąż kuszą, by zaglądać do środka. no to czas start: czekoladowe trufle z.. twarogu! przypominają mi litewskie serniczki - batony, których bezskutecznie przez lata szukałam w polskich sklepach. czekoladowa skorupka pęka i chrupie, a w środku pyszne kremowe wnętrze. będą kolejne!
 
trufle czekoladowo - miodowe
z twarogu

250g twarogu (takiego najzwyklejszego, w kostce)
200g mlecznej czekolady
100g ciemnej czekolady
1/4 szklanki miodu
1/2 szklanki płatków migdałowych

tabliczkę mlecznej i tabliczkę gorzkiej czekolady roztopić (w kąpieli wodnej, w rondelku o grubym dnie lub np. w mikrofalówce). w mikserze/lub blenderem utrzeć twaróg z miodem na gładką masę. dodać przestudzoną stopiona czekoladę, zmiksować, dosypać płatki migdałów i zmielić ponownie lub po prostu wymieszać łyżka jeśli w środku maja być wyczuwalne kawałeczki orzechów (ja polecam opcje pierwszą). warto spróbować masę czy jest wystarczająco słodka, a gotową schować do lodówki na około 2 godziny, pod koniec tego czasu roztopić ostatnia tabliczkę czekolady i odstawić. ze schłodzonej masy formować niewielkie kulki, obtaczać w czekoladzie, można je dodatkowo posypać migdałami. trufle przechowywać w lodowce do tygodnia. /receptura Doroty z książki MOJE WYPIEKI I DESERY

wtorek, 10 grudnia 2013

imbirowe pierniki, alboz z lukrem i orzechami

co roku przychodzi taka pora, że bez pierników ani rusz. korzenne zapachy wdzierają się niezapowiedziane, choć przecież doskonale wiadomo, że grudzień to cynamon, anyż, gałka muszkatołowa, cały zestaw zimowych przypraw. i wtedy pierniki trzeba upiec. schować do dużego słoja na świąteczny czas, a te, które się nie zmieszczą zjeść maczając w ciepłej herbacie z imbirem i kwaśną cytryną, może być nawet bez miodu.. grudniowe zachcianki są zdecydowanie piernikowe.
pierniki z imbirowym lukrem

650 g mąki (+ trochę do podsypywania przy wałkowaniu)
200 g masła
170 g cukru
2 jajka
1/2 szklanki miodu
skórka starta z jednej cytryny
1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżki przyprawy korzennej
1 łyżka kakao
1 łyżeczka cynamonu
około 4 cm kawałek świeżego startego imbiru
1 łyżeczka mielonego imbiru

na lukier: cukier puder, sok z cytryny, kawałek świeżego imbiru

masło z cukrem utrzeć na gładką masę, dodać jajka, miód, starty imbir i skórkę z cytryny. w osobnej misce wymieszać mąkę z proszkiem do pieczenia, przyprawą korzenną i mielonym imbirem. dodać do masy maślanej i wymieszać, aż składniki się połączą. schłodzić ciasto w lodówce około godziny, później podzielić na 4 części i rozwałkować na grubość 3 mm. wyciąć foremką kształty i ułożyć na blasze z papierem. piec 13-15 minut w 180st., aż się lekko zrumienią, ostudzić. następnie przygotować lukier ucierając łyżką cukier puder z sokiem cytrynowym i startym imbirem, polać nim ciastka, ewentualnie posypać orzechami. /receptura A. Kręglickiej