wtorek, 13 sierpnia 2013

trójmiejska solniczka i najpiękniejszy piknik z deszczem i bez

właścicielki Trójmiejskiej solniczki: Asieja i Kasia, fot. jakmalowany.pl

przez ostatni tydzień potykałam się o kartony rozstawione po całym pokoju, zapisywałam listę rzeczy koniecznie do zrobienia, czekałam na kuriera, planowałam, knułam, układałam. bałagan był równie wielki jak radość na nadchodzący weekend. i jak na złość - 10 sierpnia padał deszcz, choć na wszelkie możliwe sposoby próbowałam go zaklinać, by nie spadł. była panika, była pochmurna mina na buzi - idealnie pasująca do chmurnego nieba. wszystko po to, by po dwóch godzinach być już w gdańskiej kawiarni Pies i Róża i w pośpiechu ustawiać stoliki i doniczki ziół na parapecie.
ale od początku: najpierw pomyślałam o okołokulinarnych spotkaniach trójmiejskich blogerek, później podzieliłam się tym pomysłem z Kasią, a jeszcze później powstała Trójmiejska solniczka. wymarzyłyśmy sobie wiele pysznych spotkań. na początek: piknik. i jak postanowiłyśmy tak zrobiłyśmy. choć w nieco odwróconej kolejności, bo najpierw zrealizowany został plan B, by dzień później już siedzieć na gdańskiej trawie i pić ziołową lemoniadę z planu A.
dużo kolorów od ScandiLoft i Marwit, fot. jakmalowany.pl

sobotnie spotkanie było planem B na deszcz, który to plan z uśmiechem na buziach uczestniczek realizował się w gdańskiej kawiarnio galerii. miałam wielką tremę i nie do końca potrafiłam to ukryć, ale tak to jest gdy chce się, by wszystko było perfekcyjnie i gdy wkłada się w to całe serce. chyba się udało. ani przez chwilę nie udawałyśmy, że pogoda nie pokrzyżowała nam planów, ale wybrnęłyśmy z tej deszczowej kałuży, w dodatku nie mając przy sobie ani parasola ani kaloszy!
cytrynowa lemoniada z melisą/miętą od Baziółki

miałyśmy papierowe talerzyki, kubki i drewniane widelce - jak na piknik przystało. miałyśmy całą skrzynkę prezentów i jeszcze więcej dobrego jedzenia, które przyniosły trójmiejskie przezdolne blogerki. były focaccie z mozzarellą i bazylią, lawendowe bułeczki z miodem, brownie, sernik z wiśniami i czekoladą, tortille z łososiem, pysznym sosem i słonecznikiem, były babeczki bardzo czekoladowe i jagodowe i brzoskwiniowe i morelowe z cytrynowym kremem, domowe hot dogi, były gofry z cukrem pudrem, arbuzada z imbirem, pizzowe paluchy do odrywania, babeczki wypełnione po brzegi limonkowym kremem i letnimi owocami, ciasteczka. 
lawendowe bułeczki od Ewy z MojeTworyPrzetwory, fot. jakmalowany.pl

było pysznie, że och i ach! a następnego dnia do tego zestawu dołączyło jeszcze cudne ciasto ze śliwkami i brzoskwiniami, babeczki z papryką i fetą i pyszne tortille z serem, salami i bazylią. cytrynowa lemoniada z melisą/mięta i stevią, sernik z borówkami i kwaśśśnymi porzeczkami. nasze brzuchy były bardzo szczęśliwe! a kolory cieszyły oczy.
Asieja gada, prezenty rozdaje, fot. jakmalowany.pl

chcę więcej i chcę częściej - takich radosnych spotkań, przyjaznych ludzi i miejsc i takiej ilości pysznego jedzenia!:-) chcę aby Solniczka się rozwijała i miała coraz więcej sprzymierzeńców i chętnych do działań. my obiecujemy się starać i organizować dla Was i z Wami dużo dobrego i dużo przyjemnego, a Wy obiecajcie nam dużo uśmiechów, dużo wspólnych pomysłów i zaangażowania i od czasu do czasu, gdy poziom cukru niebezpiecznie spada - kilka ciastek!:-)
niedziela na trawie, pyszne jedzenie i planszówki = same przyjemności
 
asiejowy sernik z borówkami i kwaśśśnymi porzeczkami, fot. Magda ze Stoliczku nakryj się
jeszcze więcej kolorowych obrazków: trójmiejska solniczka
prezenty, prezenty.. fot. Natalia z Czym pachnie u Żaków
 
Trójmiejskie blogi i Trójmiejska solniczka, czyli Marysia, Asieja i Monika, fot. jakmalowany.pl
piknikowe kruche ciasto z owocami i morelowe babeczki z kremem, fot. Śliwkowska w kuchni 

udało się, dzięki pomocy serdecznych nam osób. 
dziękuję Kasi, 1/2 Trójmiejskiej solniczki, za znoszenie moich humorków potworków i za wiarę, że się uda. dziękuję Ani z jakmalowany.pl za towarzyszenie nam z aparatem i piękną fotorelację. dziękuję właścicielce kawiarni Pies i Róża za pozwolenie na bałagan i hałas, poprzestawiane stoliki, zajęcie połowy lokalu i parapetu:-). dziękuję Baziółce za mnóstwo świeżych ziół. za melisę, miętę, pachnący tymianek i zaskakującą trybulę. warto było wstać o 5 nad ranem, by je odebrać, a na drugi dzień rozdać doniczki blogerkom i przygotować pyszną lemoniadę na niedzielny piknik. dziękuję cudownej właścicielce ScandiLoft, której udało się pokolorować deszczowy dzień. mogłyśmy pić przez różowe  słomki, a to prawie jak patrzeć przez różowe okulary. gdy składałam z Agnieszką pudełka w pastelowo różowym kolorze - wiedziałam, że ich zawartość spodoba się  absolutnie wszystkim.
fot. jakmalowany.pl

dziękuję Sekretom Czekolady, bo pomimo 38 stopniowych upałów dotarły do nas cuda i ziarna kakaowca z listem specjalnie do Trójmiejskiej solniczki. dziękuję marce Marwit, której soki umiliły nam chmurne popołudnie i to słoneczne na trawie. jednodniowe marchewkowe i owocuda znikały w mig! jak dobrze, że dotarły do nas na czas! dziękuję KUKBUK za piękne eko torby i notes i za to, że mogłyśmy sprawdzić refleks piknikowych uczestniczek i rozdać im prezenty. dziękuję musli Tak Jak Chcesz, za mieszankę płatków na śniadanie dla każdej z nas i za piękną dużą tubę musli, która stała się konkursową nagrodą. dziękuję BIOWAY za vouchery na pyszne wegetariańskie jedzenie. dziękuję Yogen Fruz za voucher do trójmiejskich jogurciarni. dziękuję Sokom Regionalnym za podarki w postaci trzech dużych soków. dziękuję również Przyprawom Świata Gdynia za pachnące paczuszki przypraw.
 
fot. jakmalowany.pl
fot. jakmalowany.pl

lista obecności: Marysia -  art attack be inspired, Monika - tekstualna i spółka, Kasia, Alicja - wielki apetyt, Paulina - świata smak, Natalia - czym pachnie u Żaków, Tosia - burczy mi w brzuchu, Dusia - dusiowa kuchnia, Paulina - from movie to the kitchen, Monika - kuchenne zabawy, Ewa - moje twory przetwory, Martyna - śliwkowska w kuchni, Śliwka - burczy mi w brzuchu, Asieja, za obiektywem Ania - jak malowany. na drugi dzień dołączyła do nas Magda - stoliczkunakryjsie.wordpress.com.
  
trójmiejskie blogerki - DZIĘKUJĘ, JESTEŚCIE NAJLEPSZE!

czwartek, 1 sierpnia 2013

bukiet z malin albo nektarynki i sezamowe tahini

rano na targu czuję się jak dziecko w wesołym miasteczku. zaglądam na stragany, wymyślam sobie co zrobię z moreli, co z borówek, z czym zjem ostatnie truskawki. nie mogę się zdecydować czy kupić maliny czy słodkie korale czereśni. ale w kwestii owoców nic się u mnie nie zmienia - najbardziej lubię surowe. dla tego ciasta robię wyjątek i zapiekam je pod słodką kruszonką. jest pyszne, piekłam je już trzy razy w różnych owocowych kombinacjach i nie mam dość!
maślankowe ciasto z owocami

na ciasto: 1 szkl. maślanki, 3 jajka, 1/2 szkl. brązowego cukru, 2,5 szk. mąki pszennej, 2,5 łyżeczki proszku do pieczenia, 2 łyżeczki cukru waniliowego, 1/2 szkl. oleju, 3-4 łyżki sezamowej pasty tahini (można ją zamienić na 1 duże opakowanie chałwy lub po prostu pominąć zwiększając ilość cukru do 3/4 szkl.)

owoce: 200 gram czereśni, 1 nektarynka

kruszonka: 100 gram mąki, 50 gram cukru brązowego, 50 gram masła

piekarnik nagrzać na 170st. owoce wypestkować i pokroić na mniejsze kawałki. do dużej miski wsypać mąkę, dodać proszek do pieczenia oraz cukry i wymieszać. dodać resztę składników na ciasto, czyli maślankę, jajka, olej oraz pastę tahini. wszystkie składniki wymieszać dokładnie lub zmiksować. przygotować kruszonkę zagniatając mąkę z masłem i cukrem. ciasto wylać na dużą blachę wyłożoną papierem, rozłożyć na wierzchu owoce i posypać kruszonką. piec około 40 minut, ostudzić, pokroić na kwadraty i zjadać. /receptura na chałwowy placek z czereśniami od Dusi:-)
pudełka malin zjadane przy słowach papierowych.

środa, 24 lipca 2013

sałata z czereśniami i czosnek z miodem

spotkałyśmy się przed południem, zapomniałyśmy kupić owoce do ciasta i uciekłyśmy do domu przed deszczowymi chmurami. dzień bez słońca wymagał dużego kubka pysznej kawy z łyżeczką brązowego cukru i czegoś kolorowego na naszych talerzach. orzechy chrupały, miodowo balsamiczny sos oblepił zieloną i fioletową sałatę, a ostry czosnek świetnie smakował ze słodkimi czereśniami. i tak powstała nasza pyszna sałatka wypełniona po brzegi słońcem.
sałata z czereśniami i mozzarellą
i sosem miodowo balsamicznym

200 g mieszanki sałat (lodowa, roszponka)
garść orzechów (nerkowce, migdały, włoskie)
opakowanie (125g) mozzarelli w kulkach
200g dojrzałych czereśni
1/2 awokado
1/2 nektarynki

sos: 3 łyżki miodu, 1 łyżka octu balsamicznego, 1 ząbek czosnku

umytą sałatę układam na talerzach. czereśnie rozkrajam na pół i usuwam pestkę, nektarynkę kroję na pół, a później w cienkie plastry, podobnie awokado. przygotowuję sos mieszając miód z octem balsamicznym i wyciśniętym ząbkiem czosnku. na sałacie układam owoce, kawałki mozzarelli i awokado, posypuję orzechami i polewam sosem.

poniedziałek, 22 lipca 2013

lemoniada z miodem i rozmarynem

do lubienia są dni, gdy lepki upał i słońce przyklejone do ramion i piegowatych policzków. pół litra wody schowane do torby to na spacerze zbyt mało, dawno nie noszone baletki okazują się niewygodne, a w brzuchu burczy. dobrze, że wtedy w domu czeka cały pakiet letnich warzyw prosto z pola. skrobiemy ziemniaki, mieszamy startą marchewkę z jogurtem i chrzanem, smażymy kotlety z kabaczka. do tego jeszcze lemoniada! ziołowo cytrynowe orzeźwienie na ósmym pięterku.

lemoniada z miodem, rozmarynem i lawendą

listki mięty i ewentualnie mięty cytrynowej
1 sparzona wrzątkiem cytryna
kilka gałązek lawendy
gałązka rozmarynu
woda
10 kostek lodu
2 łyżki miodu

miętę, lawendę i rozmaryn zalewam wrzącą wodą, dodaję pokrojone na plastry pół cytryny, z drugiej połówki wyciskam sok. do lekko przestudzonej dodaję miód i mieszam. na koniec wrzucam kostki lodu. i wypijam przez słomkę w upalny lipcowy dzień :-)

środa, 17 lipca 2013

morele i rozmaryn, taka tarte tatin

słoneczne morelowe kule kupuję w niedalekim zieleniaku. sprzedawczyni pakuje mi kilogram do papierowej torebki, ale zapomina wydać reszty. no trudno, to tylko 3zł, a ja też jestem gapą i orientuję się dopiero w domu. piekę ciasto w dzień pełen wrażeń i zmęczenia. słodki karmel z rozmarynem oblepia niepozmywaną patelnię. zjadam kawałek z waniliowymi lodami. chcę jeszcze więcej takich owocowo ziołowych eksperymentów na francuskim cieście.

morelowa tarte tatin z rozmarynem

1 opakowanie ciasta francuskiego
1 kg świeżych moreli
150 g cukru (dodałam 100g brązowego i 50g zwykłego)
1 gałązka rozmarynu (oderwać igiełki i drobno pokroić)
100 g masła

na patelni roztopić masło, dodać cukry i mieszając zrobić złotobrązowy karmel. dodać morele oraz  rozmaryn, dusić w karmelu 10 minut. piekarnik nagrzać do 200 st. owoce z karmelem przełożyć do blaszki (ja użyłam ceramicznej, ważne by była niewielka) ciasto francuskie rozwinąć, ułożyć na morelach i energicznie podwinąć brzegi ciasta pod owoce. wstawić do piekarnika i piec ok. 25-30 minut. kiedy będzie rumiane, wyjąć z piekarnika, ostudzić 10 minut. na wierzchu ułożyć duży talerz i jednym ruchem przewrócić ciasto na talerz. podawać ostudzone. /receptura od Liski z White Plate mi najbardziej smakowało na drugi dzień, schłodzone z lodówki!

poniedziałek, 15 lipca 2013

donica z lawendą, idzie nowe!

lawendowa lemoniada z cytryną, ostygnięta herbata w białej filiżance. i pakiet słów o programach graficznych, nie tylko fotograficznych marzeniach i patetycznie nazwanych planach na przyszłość. wracam do układanek ze słów, słodko kwaśnych smaków i pastelowych obrazków. wracam do blogowania, bo mam dużo energii i wiem co z nią robić. mam kilka pysznych zdjęć i wciąż zepsuty komputer. a w chwilach niebycia tu do listy zmian dopisałam nowe gdańskie mieszkanie na ósmym piętrze, z najpiękniejszymi zachodami słońca nad blokami, obronę magisterki i jeszcze coś.
trójmiejskie spotkanie w magicznej Lavenda Cafe. pięknie, pysznie i miło i chce się więcej.
sałata, lepszej nie jadłam. z gruszką, nektarynką, serem brie, pestkami dyni i orzechami włoskimi. i pyszny sos z octu balsamicznego, miodu i czosnku. niebawem w moim domu powtórka!
doniczka z lawendą od dzisiaj stoi w mojej kuchni. lista przepisów do wypróbowania wciąż się powiększa.

wtorek, 25 czerwca 2013

znowu lody! czyli jak zmroziłam bazylię.

dwa słowa na L, każde po cztery litery: lato i lody. nawet, gdy letni deszcz, gdy kropi i grzmi. ostatnio byłam w mieście, w którym lodziarnie otwarte są nawet o dwudziestej drugiej, a przynajmniej jedna trzecia osób spacerujących późnym wieczorem, niesie w ręku słodki wafelek wypełniony po brzegi. ja spróbowałam lawendowych z rozmarynem i wiśniowych z chilli. bo jestem raczej z tych co monotematycznie wybierają melonowe i śmietankowe w ulubionej lodziarni, ale na wyjeździe lubią nowe i wcześniej nie próbowane. a w domu zrobiłam bazyliowe z limonką. w niedalekich planach, w nowej gdańskiej kuchni zmrożę jeszcze karmel z solą. taka lodowa mania.
lody bazyliowe

300ml pełnotłustego mleka
150ml śmietanki kremówki
70g cukru
2 jajka
2 garście umytych i osuszonych liści bazylii
sok z 1/4 limonki (dodałam sok z połowy i startą z limonki skórkę)

jajka roztrzepać w misce, odstawić. w rondlu o grubym dnie, wymieszać mleko z cukrem oraz śmietanką, postawić na średnim ogniu, dodać sok i skórkę z limonki i liście bazylii. całość zmiksować. mleko doprowadzić do wrzenia i natychmiast zdjąć z ognia. lekko przestudzić, letnie stopniowo wlewać do miski z jajkami, jednocześnie mieszając trzepaczką. całość ostudzić i przelać do plastikowego pojemnika na żywność, włożyć do zamrażarki na kilka godzin. po tym czasie wyjąć, posiekać nożem i zmielić blenderem na gładką masę, powtórzyć to 2-3 razy. /receptura od Trufli
bazylia na słodko, zmrożona ze śmietanką i limonką, jako lody smakuje naprawdę fajnie. jeśli lubicie jej charakterystyczny smak, to z pewnością będziecie mile zaskoczeni, że pasuje nie tylko do pomidorów i mozzarelli albo pesto (: jeśli jeszcze kiedyś będę mrozić - spróbuję bez dodawania jaj.

czwartek, 13 czerwca 2013

z truskawkami na balkonie

zimne koktajle na balkonie, rozgniecione widelcem truskawki z jogurtem i okruchami cukru, tak jak kiedyś! komiksy czytane na miękkiej pufie w gdańskiej bibliotece i ciężka od książek zabranych do domu torba. pudełko z marzeniami otwarte, pora zacząć je spełniać i porzucić niewiarę i nieudasię.

koktajl z truskawkami
czyli banalne, ale dobre!

duża garść truskawek, 2 morele, kawałek melona 
+ gęsty jogurt naturalny i duża łyżka lodów waniliowych

to wszystko kroję, miksuję i wypijam w towarzystwie ulubionych książek wystawiając buzię do słońca. a czy do listy wiosenno letnich lektur moglibyście coś dopisać? poproszę.

a o moich ulubionych na Czytelniczym: kulinarni czytają.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

czerwcowy dżem rabarbarowy

co roku, mniej więcej w 1/3 miesiąca zastanawiam się za co tak lubię czerwiec. rok temu (tu) o tej porze szukałam snów pod poduszką w gdańskim pokoju, a dziś puszczam bańki mydlane na sopockim balkonie. czerwiec jest fajny, bo urodzinowy. z pudełkiem słodkich słów i czekoladek zostawionych na łóżku. to małe podróże, kanapki z dżemem z rabarbaru, kolejne rozdziały magisterki, lody bazyliowe w zamrażarce, starówka nocą i gdy zaczyna świtać, powroty zaspaną skmką. szósty miesiąc do lubienia.

dżem rabarbarowy

3kg łodyg rabarbaru
około 1/2 kg cukru
1/2 szkl. wody

rabarbar obrać ze skórki, umyć i pokroić w niewielkie kawałki. wraz z wodą wrzucić do garnka o grubym dnie, gotować kilka minut aż lekko zmięknie. następnie dodać cukier (jego ilość najlepiej dostosować do swoich kubków smakowych, czyli nie przesadzić, ale też nie dodać zbyt mało, bo będzie kwaśno). gotować aż cała woda wyparuje, a dżem zrobi się gęsty. gorący przekładać do słoików. jest pyszny na kanapce, pancakes czy plastrach twarogu.

środa, 5 czerwca 2013

najlepsze lody jadłam w..

gdy dzień zaczyna się o 4:07 wyrywającym z łóżka budzikiem, a sen trwał niewiele ponad trzy godziny, to tylko bilet w portfelu i perspektywa pięknego dnia jest w stanie sprawić, że jeszcze w drodze do kuchni po kawę łapię uśmiech, zostawiam zmęczenie pod puchową poduchą i idę w stronę peronu. czekam, jadę, mrużę oczy, prawie się nie gubię, jestem.
na pytanie co zobaczyć i co zjeść w Toruniu, dostałam wiele bardzo przydatnych odpowiedzi i jedną z nich były obowiązkowe lody u Lenkiewicza. o 9 rano, z ciężkim plecakiem, z niedospaniem, te lody sprawiły, że mogłabym zamruczeć z przyjemności. były wielkie i pyszne, nie jadłam lepszych. jako farciara - trafił mi się podwójny wafelek, taki chrrrupiący! na drugi dzień lody były przed 14, bo był dzień dziecka, a wtedy na pewno można się porozpieszczać i zjeść deser na obiad. były też pierogi z soczewicą i pieczarkami oraz ruskie w Starym Młynie. wszyscy zachwalali i mieli rację. i polecam wierzyć kelnerce (nawet jeśli jesteście bardzo głodni), gdy ona mówi, że porcja 5 pierogów jest naprawdę duża, bo zjecie trzy, a dwa kolejne i tak zabierzecie na wynos!((:
toruńskie pierniki najlepiej zjada się o 22, w piżamie, w pościeli, serio!
 
trudno zobaczyć dużo, gdy ma się niewiele czasu. ale można do listy marzeń dopisać powrót. i od dzisiaj chyba zacznę szukać lodów, które dorównają tym toruńskim, czy ktoś ma jakiś pomysł?

(toruńskie podpowiedzi są tu: klik)

wtorek, 28 maja 2013

maliny, magdalenki i lemon curd

maliny lubię bez limitu i bez opamiętania. zrywając w ogrodzie jedna trafia do koszyka, druga do buzi. a te co się uchowają mrożą się i zapiekają w babeczkach zimą i wiosną i wczoraj i dziś (zostało jeszcze odrobinę na "pojutrze"). sok z cytrusów mogę pić prawie bez grymasu na buzi, chociaż kwaśśśny jest okrutnie. dla mnie cytryny + maliny to duet w sam raz do lubienia. te magdalenki smakują jak ciastka z dzieciństwa, które pakowane były w przezroczyste szeleszczące papierki.. tylko są jeszcze lepsze, bo nadziane i z różową kropką malin!
 
magdalenki z lemon curd

3 duże jajka
130g cukru
200g mąki pszennej
czubata łyżeczka proszku do pieczenia
skórka z jednej niewoskowanej cytryny (sparzonej i wyszorowanej)
20g miodu
4 łyżki mleka
200g rozpuszczonego i ostudzonego masła
szczypta soli
garść malin (nierozmrożonych lub świeżych)
cukier puder do posypania (niekoniecznie)

na lemon curd: skórka i sok z jednej cytryny, szczypta soli, 40g cukru, 45g masła, 2 żółtka
jajka ubić z cukrem na puszystą masę, wmiksować mleko, miód i masło. w dwóch partiach połączyć z mąką, proszkiem do pieczenia i skórką z cytryny. przykryć folią spożywczą i odstawić do lodówki na kilka godzin. w międzyczasie przygotować lemon curd: w rondelku podgrzać wszystko oprócz żółtek, aż cukier się rozpuści, zdjąć z ognia. w osobnej misce ubić żółtka i połączyć z masą w rondelku. postawić na najmniejszy ogień i podgrzewać kilka krótkich chwil, mieszając aż masa zgęstnieje. gotową można przecedzić przez sitko (ja pominęłam ten etap), przykryć wierzch folią i przechować w lodówce.
ciasto wyjąć z lodówki i przełożyć je go do wysmarowanych i wysypanych mąką foremek na magdalenki (taka muffinkowa też się nada). wcisnąć maliny w każdą i piec 5 minut w 190'C, następnie wyłączyć piekarnik na minutę i włączyć ponownie na 160'C i dopiec na złoty kolor i suchy patyczek. jeszcze ciepłe nadziewać lemon curd przełożonym do papierowej tutki/rękawa cukierniczego. /receptura Rachel Khoo, ja skradłam od Holgi - dziękuję za moją słodką inspirującą niedzielę!
do lemon curd podchodziłam jak do jeża, wiedziałam że będę go uwielbiać, bo kwaśne cytryny to zdecydowanie mój smak. ale zawsze było coś innego co odciągało moją uwagę. no i jego przygotowanie wcale nie jest takie strasznie trudne jak mi się wcześniej wydawało. to zupełnie jak jeże - wcale nie są straszne, choć ich kolczaste ciałko zdawałoby się mówić coś innego!
moje prywatne malinowe love na wiosnę.

wtorek, 7 maja 2013

czekoladowy faworyt zlepiony orzechowym masłem

to są ciastka, które się piecze, aby osłodzić Komuś dzień. kuchnia jest wtedy przyjemnie oblepiona zapachem czekolady, a otwarty słoik masła orzechowego aż kusi aby skraść choć trochę na czubku łyżeczki i wsadzić do buzi, gdy nikt nie patrzy. to są ciastka, które mają nieprzyzwoicie dużo kalorii i pewnie przez to są takie pyszne. ale nie ma się co martwić w nadmiarze - jedno wystarczy, by zaspokoić słodki głód. chyba, że jest się bardzo czekolubną osobą - wtedy ciastka zjada się dwa. i od razu dzień jest jakiś lepszy.
ciasteczka brownie z masłem orzechowym

100g mlecznej czekolady
200g ciemnej czekolady
40g masła
2 jajka
100g cukru
50g mąki pszennej
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
szczypta soli
masło orzechowe (około 1/2 słoika)

czekoladę mleczną i jedną ciemną roztopić z masłem (można to zrobić z garnku o grubym dnie), zostawić do ostudzenia. jedną ciemną czekoladę posiekać na drobne kawałki. jajka ubić z cukrem na puszysty krem, trwa to około 10 minut. mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia i solą. do jaj dodać ostudzoną masę czekoladową, suche składniki oraz posiekaną czekoladę. wymieszać wszystkie składniki. piekarnik rozgrzać na 180st. dwie blaszki wyłożyć papierem do pieczenia, nakładać na nie ciasto łyżeczką do herbaty w kilkucentymetrowej odległości od siebie (ciasto jest dość rzadkie i się rozpływa). piec 10 minut. ostudzone przełożyć masłem orzechowym. /receptura Donny Hay znaleziona u Viridianki
ciasteczka są mocno czekoladowe, mocno orzechowe - słodko słone. pyszne!