poniedziałek, 25 marca 2013

pascha ulubiona. pomarańcze z morelami.

jeśli miałabym opowiedzieć w ładnych słowach o moim ulubionym deserze, to pewnie byłaby to pascha. niby nic - twaróg i suszone owoce zawinięte w ścierkę, a jednak. w mojej kuchni powstaje raz w roku, jest wyczekana i najpyszniejsza. ze świeżą skórką z pomarańczy, odświętna. jeśli jeszcze nie próbowaliście.. zapewniam, że warto!

najlepsza pascha
z pomarańczą, żurawiną i morelami, bez jajek

400g twarogu
60g miękkiego masła
1 łyżka kwaśnej śmietany
80ml mleka 2%
3 łyżki cukru pudru
150g bakalii (żurawiny, morele, rodzynki)
skórka starta z pół pomarańczy

bakalie zalewamy wrzątkiem w niewielkiej miseczce i zostawiamy na 30 minut aby namiękły. twaróg można zmielić w maszynce, ale nie jest to konieczne, ja wolę paschę z wyczuwalnymi grudkami. w dużej misce należy zmiksować twaróg rozdrobniony wcześniej widelcem z mlekiem, śmietaną i miękkim masłem, trwa to około 4 - 5 minut. dodać cukier puder i jeszcze zmiksować chwilę aż się połączy. następnie wrzucić odsączone owoce i skórkę otartą z pomarańczy, wymieszać całość łyżką. gotową masę przełożyć do miski wyłożonej bawełnianą ściereczką, zawinąć i przycisnąć czymś ciężkim (ja poratowałam się słoikiem ogórków), odstawić do lodówki na kilkanaście godzin, najlepiej na całą noc. po tym czasie wyjąć ze ścierki, pascha jest gotowa do jedzenia.
nie ma Świąt bez paschy, jest najpyszniejsza! podane proporcje są na mały talerzyk, więc proponuję ich podwojenie. a dla wielbicieli pomarańczy - starcie skórki z całej, a nie z połowy.
ps. słońce wyszło! i niech to będzie poniedziałkowa zapowiedź dobrego tygodnia.

czwartek, 21 marca 2013

pomarańczowe odczarowywanie z Sycylii

przez wydłużającą się w nieskończoność zimę mam niedobór witaminy C i B i pewnie całej reszty witaminowego alfabetu. magnez wyniszczony przez hektolitry wypitej każdego ranka kawy. i brak witamin słonecznych. jestem marudna i monotematyczna, jak wszyscy wokół. a to z tęsknoty. zamiast śniegu przyklejającego się do policzków - wolałabym trzy jaskrawe promyki grzejące nos. zamiast czekania i smutku - garstkę miłości. teraz.
te pomarańcze są w kontrze do zimy. słodkie, oblepiające sokiem palce i blat. moja szklanka szczęścia wypita przez różową słomkę w jedno z popołudni. takie cuda u Misi, z którą najmilej piecze się marchewkowe ciasto i najpiękniejszą szarlotkę - niedługo ją Wam pokażę!
sycylijskie, po brzegi napakowane słońcem, kilkanaście kilogramów w dużych kartonach, zazdroszczę Jej szalenie! :-) szczególnie dziś, gdy Sopot znów przysypało śniegiem.
zostawiam Wam cytrusowe obrazki, a sama uciekam szykować się do witania wiosny. będzie słodko i z girlandą kolorowych kokard nad pokojem. z czekoladą, z truskawkami, ciastkami..!

niedziela, 17 marca 2013

na okrągło: kokosowe z morelami i pomarańczą


miasto wciąż pokryte warstwą śnieżnego cukru pudru. buty niebezpiecznie ślizgają się po resztkach lodu przyklejonych do chodnika. ta zima jest nieznośnie długa i poniewierająca. i czasem ilość nagromadzonego smutku na metr kwadratowy bywa zbyt wielka. nie trzeba go podlewać, a on rośnie. biała czekolada i białe kokosowe wiórki - są bardzo kompatybilne z białą porą roku. do tego jeszcze morele, migdały i pachnące pomarańczowe skrawki. a jak za cztery dni zrobi się wiosna, to ja też poszukam kolorów. Ktoś mówi, że "każde 60 sekund smutku, to minuta radości, której nie odzyskasz", no to już wystarczy!
kokosowo migdałowe kule 
z morelami i pomarańczą

1,5 szkl. drobnych wiórków kokosowych
3/4 szklanki obranych migdałów (lub w płatkach)
250g serka mascarpone
2 tabliczki białej czekolady
3/4 szkl. suszonych moreli
skórka otarta z 1 pomarańczy

wiórki kokosowe i migdały mielę w blenderze, a w razie jego braku zostawiam wiórki tak jak są, a migdały siekam drobno. morele kroję na kawałeczki, a skórkę ścieram z dużej pomarańczy. mieszam te 4 składniki. w garnku na niewielkim ogniu roztapiam mascarpone, a gdy jest już płynne, wyłączam gaz i wrzucam połamaną na kawałki białą czekoladę, mieszam aż się dokładnie rozpuści. odstawiam na kilka minut do przestygnięcia. wrzucam do garnka wiórki z migdałami, morelami i skórką i mieszam wszystko. zostawiam aż lekko zastygnie (na przykład na zimnym balkonie), później formuję niewielkie kulki i obtaczam je we wiórkach kokosowych. w lodówce można je przechowywać nawet do dwóch tygodni.
w ciągu trzech dni turlałam je dwa razy. a biorąc pod uwagę to, że w kuchennej szufladzie zostało jeszcze trochę czekolady, moreli i migdałów, to w przyszłym tygodniu znów je zrobię!

sobota, 9 marca 2013

jeszcze lepsze ciasto marchewkowe? tak!

wydawało mi się, że znalazłam marchewkowy ideał, ale znalazł się też Ktoś, kto może i nie zepchnął go bezczelnie z podium, ale upiekł marchewkowe tak dobre, że aż byłam zła, że tak można! szybko mi jednak ta złość przeszła, gdy spróbowałam okruszki i jeszcze dostałam kawałek na wynos wychodząc z domu Ktosia. marchewkami miło jest się dzielić. i nie wiem czy trzeba mocno do nich zachęcać, ale jeśli ktoś lubi cynamon, to powinien pójść teraz w stronę kuchni i sprawdzić czy ma w niej wszystkie składniki z poniższej rozpiski i piec!
 
gdy pewnej chmurnej niedzieli zabrakło w moich kuchennych pudełkach rodzynek i orzechów, a do sklepu nie po drodze, dodałam do ciasta jagody goji i pestki słonecznika. też się pysznie udało, zatem można kombinować. najbardziej lubię w nim to, że jest wilgotne i długo świeże. i już nawet nie potrzebuje nic na wierzch, choć z kremem z twarożku  i cukru pudru jak w moim poprzednim marchewkowym (klik) pewnie też byłoby pycha!
jeszcze wciąż przed wiosną, z chłodem u boku i ciepłymi kubkami herbaty.
 
ciasto marchewkowe
proporcje na blaszkę ok. 20cm

50g rodzynek, 250g drobno startych marchewek, 100g grubo startych jabłek, 1/4 szklanki maślanki, sok + skórka otarta z 1/2 pomarańczy, 2 żółtka, 175g cukru, 3/4 szkl. oleju (z pestek winogron/ słonecznikowego/ rzepakowego)

250g mąki pszennej, 1 łyżeczka proszku do pieczenia, 1 łyżeczka sody, 1,5 łyżeczki cynamonu, 1 łyżeczka kakao, szczypta soli, 50g posiekanych orzechów włoskich

3 białka
rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić na czas tarcia marchewek. tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia, piekarnik włączyć i nastawić na temperaturę 190°C. mokre składniki czyli: marchewki, jabłka, maślankę, skórkę i sok z pomarańczy, rodzynki, żółtka oraz olej dodać do dużej miski, dosypać też cukier, całość wymieszać. białka ubić na sztywną pianę. do masy delikatnie dodać składniki suche (mąka, proszek do pieczenia, soda, cynamon, kakao, szczypta soli oraz orzechy) i mieszać tylko do połączenia składników. następnie dodać ubitą pianę z białek mieszając delikatnie. masę przelać do tortownicy i wstawić do nagrzanego piekarnika. piec do suchego patyczka przez 1h 15 minut. /oryginał od Misi z Food Heaven

tzw. backstage, czyli marchewkowa sesja zdjęciowa się robi.
obiekt fotograficzny (po wcześniejszym obfotografowaniu) należy zjeść!!
strasznie jestem ciekawa czy na moim prywatnym podium powinno znaleźć się jeszcze jakieś marchewkowe.. i jak wiele receptur uda mi się wyszukać i spróbować. i czy jeszcze kiedyś jakiś Ktoś upiecze ze mną najpyszniejsze marchewkowe ciasto w świecie i jakie ono będzie!

niedziela, 3 marca 2013

lekarstwo na dziś: trzykolorowa czekolada na patyku

wczoraj wieczorem pomyślałam sobie, że lekarstwo na smutek koniecznie potrzebne, na niepewność. najlepiej o działaniu natychmiastowym. do rozpuszczenia w szklance zimnej wody albo do połknięcia. bo kiedy stoję pośrodku miasta i mam ochotę się rozryczeć, to powstrzymuje mnie tylko widok spływającego po monotonnie bladych policzkach tuszu do rzęs. każdemu się czasem zdarza, prawda? że trzeba odpocząć, przeczekać. z kubkiem kakao lub czekolady. uciec na trochę, wyłączyć telefon i myślenie, iść na nieprzyzwoicie długi spacer. na odczarowanie złego - jest czekolada na patyku. do schowania w kubku ciepłego mleka, roztopienia, wypicia, rozszczęśliwienia. jeśli tylko da się.
prostota wygląda tak: bierze się tabliczkę białej czekolady, tabliczkę mlecznej i tyle samo ciemnej. roztapia się je w dowolnej kolejności i wlewa do foremek, odczekując aż poszczególnie warstwy zastygną. wierzch posypuje się wiórkami kokosowymi, pokruszonymi cukierkami lub czymkolwiek innym co da się zjeść i będzie pasowało. ja bym jeszcze spróbowała ze szczyptą soli lub z cynamonem. jak czekolada zastyga, trzeba powtykać drewniane patyczki. a gdy całkowicie zastygnie, wyjąć z foremek i podarować tym, których chcemy rozuśmiechać. roztopić w mleku albo zjadać jak się chce.

sobota, 2 marca 2013

nasze kuchenne czary w restauracji

dzień, gdy budzik dzwoni przed siódmą. normalnie najpewniej byłabym niepocieszona. w pośpiechu kawa, aparat do torebki, na dworze chyba -10, wybiegam bez śniadania. a później dokładnie dziewięć godzin smakowania, siekania, doprawiania, rozmawiania. (u)śmiechów i przyjemności. to moje pierwsze warsztaty, pierwszy wypatroszony pstrąg i pierwsza zjedzona krewetka. pyszny marchewkowy flan z sokiem z cytrusów i tarta na spodzie z kuskusu, ryby na kilka niebanalnych sposobów. a na deser kajmak i kasztanowy mus.
kielich musu kasztanowego z granatem i koniakiem

2 podłużne biszkopty, 250g serka ricotta,150g śmietany 30%, 100g kremu kasztanowego, 75 ml koniaku, 3 żółtka, 100g cukru pudru, pół granatu

żółtka utrzeć z cukrem, dodać ricottę. osobno ubić śmietanę z pudrem, dodać likier, krem kasztanowy i na sam koniec delikatnie wmieszać śmietanę. w kielichu układamy warstwami: pokruszone biszkopty, masę kasztanową, granaty, masę.

szef kuchni Janusz Małyszko gotuje i dekoruje, a ja jestem wdzięczna za kulinarne ciekawostki, sekrety, receptury i nieznikający uśmiech.
bardzo dziękuję gdańskiej Restauracji Pod Łososiem, markom: kamis, decare, z pierwszego tłoczenia, horeca experts.
oraz blogerkom za wspólne gotowanie i cudownej Ewie, że miała tyle energii i kulinarnego zwariowania, by to dla nas przygotować!!

niedziela, 24 lutego 2013

2 łyżki mąki i kajmak, te najsłodsze

są chwile entuzjastycznych uścisków, gdy chciałoby się bardzo głośno krzyknąć z radości. bardzo by się chciało. są wydłużające się chwile tęsknienia i czekania. niecierpliwe i smutne nie tylko w jednej trzeciej, ale w 3/4. uśmiechasz się i złościsz. na mnie. czasem jest gorzko, a później znów ciepło z odrobiną lodów na najsłodszych babeczkach świata.
fondant kajmakowy - babeczki z płynnym kajmakiem
dulce de leche lava cakes

2,5 łyżki mąki i odrobina do wysypania foremek
1 łyżka masła
2 żółtka i 1 całe jajko
1 i 2/3 szkl. kajmaku
opcjonalnie: lody waniliowe, sól morska
+ foremki do zapiekania

piekarnik rozgrzać do 210 stopni. foremki natłuścić masłem i obsypać dno i ścianki mąką. mikserem ubić żółtka z jajkiem na puszystą masę (trwa to ok. 2-3 minuty), do momentu aż ilość masy się podwoi i będzie spływała z mieszadła. dodać kajmak i ubijać tak, by dobrze połączył się z resztą masy, stopniowo dosypywać mąkę. przelać masę do foremek (do wysokości 2/3 foremki) i włożyć do nagrzanego piekarnika. piec do momentu aż wierzch ładnie się zrumieni, ale środek będzie nadal płynny - około 10 minut. wyjąć z piekarnika i od razu ostrożnie przekładać z foremek na talerze. nożem zrobić na środku nacięcie - wypłynie masa kajmakowa. podawać od razu z gałką lodów waniliowych. ci, którzy lubią smak solonego karmelu i kajmaku, mogą dodać do gotowej masy sól morską, przed przelaniem jej do foremek. jeśli babeczki piekły się za długo, środek się zetnie i nie będzie już płynny, ale smak i wilgotna faktura pozostaną.
 
pewna Anna Maria bardzo kusiła, by upiec kajmakowe babeczki. mnie złapała na wędkę swoich ciepłych słów. upiekłam, spróbowałam, nie żałuję. receptura pochodzi z lutowej Weekendowej Cukierni, której gospodynią w tym miesiącu jest Kucharnia. kajmakowe = słodkie. bardzo słodkie i zalecane do zjadania w nie za dużych porcjach :-)

piątek, 22 lutego 2013

gruszka czy pietruszka? obie!

już byłam pewna, że otworzę pudełko ze smutkiem, że będzie tam kilka lekkich łez, kilka kul śniegu ciskanych ze złością o chodnik. ale okazało się, że w pudełku był czyjś ciepły uśmiech, grzane wino i śnieg na chodnikach, bez złości. kiedy chciałam otworzyć pudełko ze spokojem, okazało się, że on tam owszem jest, ale przykleił się do niego również niepokój. spokój i niepokój? bzdura. lepiej ugotuję zupę zamiast otwierać te pudełka. krem z pietruszek i gruszki brzmi ładnie, smakuje też. ciepła zupa co ogrzeje smutne od zbyt długiej zimy myśli. a ja wciąż będę wierzyć, że w pudełku "radość" jest radość. i ani grama rozczarowania.
krem z pietruszek i gruszki

1/2 kg korzeni pietruszki, 1 gruszka, 1/2 szkl. mleka, 1 szkl. delikatnego bulionu warzywnego, 2 łyżki oliwy, sól i świeżo zmielony czarny pieprz, szczypta ostrej papryki, ewentualnie starty ser mozzarella i suszony tymianek

obraną pietruszkę kroję na niewielkie kawałki. w garnku rozgrzewam około 2 łyżki oliwy i wrzucam pietruszkę. w międzyczasie obieram i kroję gruszkę (następnym razem gotując tą zupę dodam pół gruszki, aby było mniej słodko), również wrzucam ją do garnka. całość duszę około 10 - 15 minut aż będzie miękkie, dodaję bulion, gotuję kolejne 10 minut na niewielkim ogniu. po tym czasie dolewam mleko i dosypuję przyprawy. pietruszka jest dosyć mdłym warzywem, więc potrzebuje nieco ostrości: pieprzu i szczypty papryki, odrobina soli też się przyda. i tymianek. zdejmuję garnek z gazu i całość blenduję na gładki krem. podaję posypane startą mozzarellą. /pomysł od Marty z Jadłonomii

niedziela, 17 lutego 2013

ja, Ona, kakao i księżyce. historia prawdziwa.

poznałyśmy się 128 dni temu. podeszła i zapytała czy to ja, a ja nie spodziewałam się Jej spotkać. okazało się, że magia istnieje nie tylko w internecie. był piernik krojony łyżką w hotelowym pokoju, był Gdańsk nocą, kawa, słowa, których wciąż za mało. była też walizka i nadrukowana na bilecie godzina pociągu. i znów setki kilometrów za daleko. kiedy pewnego wieczoru rozmawiałyśmy o pieczeniu, w odległych o setki kilometrów kuchniach, w dwóch różnych piekarnikach i dwóch różnych ciepłych Domach - napisała o tureckich księżycach, które dawniej piekła Jej Babcia Paulina. moja Babcia też miała tak na imię! to był dobry znak. nie mogłam się doczekać. później słodkie myśli oblepiły Nasz wspólny poranek, zupełnie jak słodki lukier nasze pełne kakao ciastka z rumem.

księżyce tureckie
/receptura od Babci Anny Marii - Pauliny, 
oryginał na obrazku powyżej


15 dag masła, 15 dag cukru pudru, 5 żółtek, 5 białek, 5 dag gorzkiego kakao, 7 dag mąki, 10 dag mielonych orzechów, szczypta soli
lukier: 20 dag cukru pudru, 1 kieliszek rumu

masło utrzeć na puch z cukrem pudrem. dodać stopniowo po jednym żółtku nadal ucierając, a następnie dosypywać stopniowo kakao i mąkę oraz zmielone orzechy. w osobnym naczyniu ubić pianę z białek ze szczyptą soli i delikatnie wymieszać ją łyżką z masą kakaową. piekarnik nastawić na 180st. masę (powinna mieć konsystencję budyniu) przełożyć na dużą wyłożoną papierem do pieczenia blachę o wymiarach ok. 25x38cm (im większa tym lepiej, ja użyłam takiej na szerokość piekarnika). piec ok. 15 minut. w tym czasie cukier puder utrzeć z rumem na lukier. gorące ciasto po wyjęciu z pieca skropić z wierzchu dodatkowo rumem i jeszcze ciepłe polać z wierzchu lukrem. gdy lukier zacznie delikatnie gęstnieć, za pomocą szklanki należy wyciąć księżyce (wygląda to mniej więcej tak: klik). i spróbować jeszcze ciepłe! są miękkie, nie chrupiące, z wyraźnym smakiem alkoholu i kakao. są pyszne.
Ona - niezwykła Anna Maria.
pieczenie z Nią - słodkie i dające tyle radości, że nie da się opisać.
DZIĘKUJĘ za najmilszy poranek o zapachu rumu i kakao.
tutaj tureckie księżyce są najpiękniejsze: Kucharnia.

niedziela, 10 lutego 2013

mam najlepszą porcję czekollllllady!


rozsypane kakao brudzi palce i kuchenny blat, ale nie mam mu tego za złe. przecież każdemu się czasem zdarzy rozhulać za mocno albo zrobić jakąś głupotę. kakao dziś jeszcze mi się przyda. zanim pójdę spać zrobię trufle: słodkie kule z czekolady oblepione cukrem pudrem. dzięki rozkosznemu zapachowi znów nie będę mogła zasnąć, ale nie okażę się wstrętnym łakomczuchem i nie zjem ani jednej. to słodki podarek. na drugi dzień schowam je do pudełka, którego już nie będę miała czasu ładnie ozdobić. i dam je Komuś i Ktoś się uśmiechnie i zjadając pierwszy rządek powie: o, jest jeszcze drugie dno! dokładnie tak było. przedwczoraj.
trufle czekoladowe 

200g serka mascarpone, 4 łyżki śmietany kremówki*, 2 tabliczki ciemnej czekolady i 1 tabliczka mlecznej, 1 łyżeczka masła, 1 łyżeczka cukru trzcinowego (lub zwykłego), 1 łyżka miodu, cukier puder i gorzkie kakao do obtoczenia
*kremówkę można wymienić na odrobinę więcej mascarpone, które zwykle i tak jest dostępne w 250g pudełkach
do garnka ustawionego na malutkim gazie dodaję śmietanę kremówkę, serek mascarpone i masło, mieszam czekając chwilkę aż się rozpuszczą, wrzucam łyżeczkę cukru (można ją pominąć) i miód, wyłączam gaz. dodaję połamaną na kostki czekoladę. mieszam aż powstanie gładka masa. przelewam ją do miski, i odstawiam do schłodzenia (trwa to około 2 godzin). gdy masa jest już zimna wstawiam ją na 3 minuty do zamrażarki. w międzyczasie przygotowuję miseczkę z cukrem pudrem i drugą - z kakao. wyciągam masę i formuję w dłoniach niewielkie kuleczki, masa może być klejąca, więc polecam nabieranie jej łyżeczką i korzystanie z lekko mokrych dłoni. okrągłe (no prawie.. bo trochę kanciaste) obtaczam w cukrze pudrze/kakao i odstawiam znów do lodówki na kilka godzin, a najlepiej na całą noc. trufle dzięki mascarpone są kremowe, delikatne i mocno czekoladowe.
można do nich dodać kandyzowane owoce (skórka pomarańczowa) lub suszone (morele, żurawina, śliwki pokrojone w drobne kawałki, można je przed dodaniem namoczyć w kilku łyżkach alkoholu). można dosypać łyżeczkę korzennych przypraw: kardamonu, cynamonu i imbiru, orzechy, można zaostrzyć smak szczyptą chilli albo dodać element chrupiący: pokruszone herbatniki. te obtoczone w gorzkim kakao polecam wielbicielom intensywnej czekoladowości i niekoniecznie małym dzieciom, bo mogą zacząć pluć;) te w cukrze pudrze - wszystkim! /w wersji z dodatkami robiłam je już tu: czekoladowe trufle i okularnica w radiu.
mówię Wam o nich jeszcze przed północą żebyście też nie mogli zasnąć!

środa, 6 lutego 2013

to co mnie ostatnio uśmiecha, niekoniecznie wzrusza

 
w mieście: ciepłe rękawiczki, długi spacer i pudełko czekoladek, polecam. miesiąc temu rozpoczął się mój 5ty rok blogowania. czy to wystarczający powód, bym mogła się cieszyć? chyba tak. ale prócz tego jest jeszcze kilka skrawków codzienności, które po wrzuceniu do jednego worka sprawiają, że dobre chwile piętrzą się niczym stosik książek do przeczytania. a czarne plamy smutku da się zamalować olejną farbą albo uśmiechami ludzi. czasem tylko jakieś prześwity albo tynk odpadnie, wtedy trzeba malować na nowo. ale i tak jest bardzo ok.
słodkie słoiki. i chleb z dżemem na uszczerbionym lawendowym talerzyku. niezbędna porcja kawy i kakao. jest też dużo chwil nie złapanych w fotograficzne piksele. nocą wiadomości w telefonie. w kawiarni dzbanek herbaty, na którym namalowana jest ryba - nazwisko zobowiązuje! zdjęcia na balkonie, bo tylko tam są jeszcze resztki światła. przemarznięte dłonie i myśl "jak ktoś mnie teraz widzi, na pewno ma mnie za wariatkę". pięknie. kojące dźwięki Bat For Lashes albo głos Imany wieczorami. lubię zapełniać kartki mojego kalendarza, lubię wpisywać tam imiona osób, za którymi tęsknię i które niedługo spotkam. jest tyle rzeczy, które się dzieją, a ja nie potrafię ich rozumieć, ale dzieją się. luty, chcę Cię lubić!

wtorek, 29 stycznia 2013

kokosowy krem, tylko ten!


w śnieżne popołudnia, gdy za oknem już ciemno, można usmażyć cały talerz naleśników i smarować je tym kremem. można podarować go komuś w prezencie (co sama uczyniłam i co bardzo polecam, bo przyjemnie jest robić dla kogoś słodkie podarki). można go wyjadać łyżką ze słoika, przełożyć nim ciastka albo zjadać grube kromki chleba z grubą warstwą kokosa i.. w zasadzie, to nie wymyśliłam co jeszcze. ale pasuje do tych ujemnych temperatur, które skutecznie zdają się wymrażać smutki. dobrze mieć taki słoik w lodówce na nastrój pod tytułem 'brakuje mi słodkiego i endorfin, potrzebuję dziś miliona kalorii', ale nie tylko na ten.
 krem kokosowy
proporcje na ok. 400g

110g wiórków kokosowych, 2 płaskie łyżki cukru pudru, 1 łyżka cukru brązowego, 4-5 łyżek mascarpone, 9 herbatników, 1/2 kostki masła, 10 łyżek mleka

masło wyjmuję z lodówki aby zmiękło. herbatniki kruszę na niewielkie kawałki, zalewam mlekiem i daję im namięknąć przez chwilę. dodaję cukier puder i brązowy, miękkie masło, mascarpone i wiórki. mieszam wszystko - ilość wiórków można zmniejszać lub zwiększać, można je też wcześniej zblendować, wtedy krem będzie gładki. gotowy przekładam do słoika i jeszcze posypuję garstką kokosowych wiórków. przechowuję w lodówce  do kilkunastu dni.

sobota, 19 stycznia 2013

ta tarta jest pyszna i ma kruszonkę

zimowy wieczór nad morzem to opustoszała i wyjątkowo ładna przestrzeń. miejsca, które latem były upchane kiczowatymi straganami, a teraz niczym skute lodem. spacerujesz prawie w nieskończoność, a wracając do domu wyrzucasz do śmieci ostatnią na dziś smutną myśl. uciekasz nie wiedząc jak daleko trzeba być, by zniknęły wszystkie niewypowiedziane słowa. ale myślisz sobie, że przecież nie jest tak źle, że uśmiechając się pod nosem niczego nie udajesz. tego dnia imbirowa herbata nie rozgrzewa, ale ustawiony na 180 stopni piekarnik i domowe ciasto - owszem. więc pieczesz. a później, gdy nikt nie patrzy, to nawet mimo nieprzyzwoicie późnej pory skubiesz kawałek ciepłej kruszonki, bo przecież trudno byłoby wyczekać do rana. później kończy się dzień i zasypiasz. w oparach słodkiego zapachu cukru i masła, który oblepił każdy kawałek mieszkania. a jutro jest wyczekane.

tarta z owocami i kruszonką 
najprostsza

150g mąki pełnoziarnistej, 100g mąki pszennej, 90g cukru pudru, 100g masła, 1 jajko

około 500g owoców* (najlepsze są świeże, ale mogą być również mrożone lub z kompotu, ważne by nie były zbyt słodkie i nie puściły za dużo soku), 2 łyżki cukru brązowego (można pominąć, jeśli owoce są słodkie), 1-2 łyżki mąki ziemniaczanej

kruszonka: brązowy cukier + mąka + masło

* jabłka i gruszki z cynamonem, truskawki z rabarbarem, maliny z  jagodami lub borówkami, śliwki

oba rodzaje mąk wsypujemy do dużej miski, dodajemy cukier puder i posiekane na kawałki zimne masło, mieszamy. dodajemy jajko i wyrabiamy dłonią na gładkie ciasto. chłodzimy około 10 minut w lodówce. po tym czasie wyjmujemy, nastawiamy piekarnik na 180stopni, ceramiczną foremkę smarujemy masłem i posypujemy bułką tartą lub wykładamy papierem. ciastem wylepiamy foremkę, nakrywamy papierem do pieczenia, na który wysypujemy groch/fasolę (aby obciążyć i sprawić, że ciasto nie rozrośnie się nierównomiernie), podpiekamy 10 minut. w tym czasie owoce mieszamy z mąką ziemniaczaną i cukrem. przygotowujemy kruszonkę: około 25g masła, 2 łyżki mąki i 3-4 łyżki brązowego cukru zagniatamy do powstania niewielkich grudek. wyciągamy ciasto z pieca, zdejmujemy papier z obciążeniem, układamy owoce i posypujemy kruszonką, pieczemy 30 minut. można zjadać je na ciepło, co idealnie poprawia zimowe zmarznięte nastroje, ale można też dać jej ostygnąć.
jak kiedyś będzie ci smutno, to zadzwoń, upiekę ci tartę z kwaśnymi owocami.